S

Stan Rogers, gigant i wiosna, która w końcu przyjdzie

„Giant” Stana Rogersa jest dopracowanym i przemyślanym utworem; chociaż nie przypomina rockowej suity, jego słowa i muzyka wyrażają wiele emocji.

Zdjęcie główne: Omar Ram / Unsplash

Gdy się zaczyna, nie wiesz czy słyszysz akordy gitary czy bicie zegara. Dźwięki są mokre i zimne, a w powietrzu unosi się tajemnica. Choćbyś siedział w wygodnym fotelu, przykryty kocem, grzejąc dłonie kubkiem z gorącą herbatą, poczujesz portowy chłód i wilgoć, która wraz z mgłą i światłem księżyca rozlewa się nad wyspą Cape Breton i zatoką Bras d’Or. Świat zdążył zmęczyć się zimą, w nozdrzach drapie węglowy dym, a ciało rozpala krew zmieszana z whiskey, pompowana przez serce w niespokojnym rytmie oczekiwania. Tej nocy nikt nie zaśnie. Tej nocy zbudzą się legendy.

Tak zaczyna się „Giant”, jeden z najbardziej tajemniczych i klimatycznych utworów, jakie odkryłem w ostatnich latach. To dobry moment, żeby go posłuchać:

„Giant” to utwór Stana Rogersa, ikony kanadyjskiej muzyki folkowej. Okres jego twórczości przypada głównie na lata siedemdziesiąte i początek lat osiemdziesiątych. Rogersa do muzycznego świata wprowadzili wujowie. Artysta najpierw występował w zespołach grających country i folk (jedna z grup nazywała się The Hobbits); w 1974 roku rozpoczął karierę solową, a trzy lata później wydał pierwszą płytę. Muzyka Rogersa miała charakter; artysta, dzięki twardej, barytonowej barwie głosu i surowemu brzmieniu folkowych instrumentów stworzył własny styl (a to cecha tylko najlepszych muzyków). Rogers za swojego życia wydał tylko cztery albumy – wspomniany Fogarty’s Cove (1977), a także Turnaround (1978), Between the Breaks (1979) i Northwest Passage (1981). Jego kariera została niespodziewanie przerwana 2 czerwca 1983 roku; samolot linii Air Canada (lot 797), którym Rogers wracał z Dallas do Toronto, awaryjnie lądował w Cincinnati-Northern w amerykańskim stanie Kentucky. Tuż po tym, jak maszyna znalazła się na pasie, wybuchł w niej pożar. Spośród 46 osób na pokładzie przeżyła połowa. Gdyby nie tragiczna katastrofa, Rogers byłby dziś żywą legendą; po jego śmierci – głównie dzięki archiwalnym nagraniom – wydano jeszcze osiem albumów.

Chociaż koncerty Stana Rogersa to już przeszłość, jego muzyka żyje i jest znana na całym świecie, również w Polsce (skomponowana przez Rogersa szanta „Northwest Passage”, pochodząca z albumu o tej samej nazwie, doczekała się polskiej aranżacji w wykonaniu Ryczących Dwudziestek). To zadziwiające, że napisane ponad czterdzieści lat temu utwory, wciąż inspirują, w dodatku w kraju tak odległym od Kanady.

Rogersa inspirowała kanadyjska historia i życie mieszkańców kraju – traperów i odkrywców dalekiej północy, wojskowych, awanturników, żeglarzy przemierzających Wielkie Jeziora i rybaków Nowej Szkocji. Właśnie o tych ostatnich opowiada, pochodzący z pierwszego albumu Rogersa, „Giant”.

Kanwą „Gianta” jest szkocko-irlandzka legenda o Fingalu (Finnie MacCumhaillu), budowniczym Grobli Olbrzymów w Irlandii Północnej – formacji skalnej, składającej się z dopasowanych do siebie 37 tysięcy bazaltowych kolumn.

Zegar wybija trzecią. Nad zamglonym portem świeci księżyc, wieje chłodny wiatr. Choć większość ludzi śpi, w oknie jednego z domów pali się światło. W środku „młodzi przyjaciele” piją „starą whiskey”. Ich oczy są senne, ale serca czujne. Rośnie napięcie i nastrój oczekiwania. Nie ma miejsca na rzeczy nieistotne, nie ma „kręgu do tańca”. Jest tylko noc, ogień, whiskey i wspomnienia ze starego świata. „Gigant powstanie z księżycem”.

Kanwą „Gianta” jest szkocko-irlandzka legenda o Fingalu (Finnie MacCumhaillu), budowniczym Grobli Olbrzymów w Irlandii Północnej – formacji skalnej, składającej się z dopasowanych do siebie 37 tysięcy bazaltowych kolumn. Kto odwiedzi wybrzeże Irlandii i spojrzy ze skalistego klifu na brzeg morza, zobaczy zapierającą dech w piersiach „brukowaną drogę”. Według legendy, MacCumhaill po zbudowanej przez siebie grobli miał dotrzeć suchą stopą do wybrzeży Szkocji, aby zmierzyć się innym gigantem.

Grobla Olbrzyma w Irlandii Północnej | fot. K. Mitch Hodge / Unsplash

Tytułowy olbrzym powraca w każdym refrenie „Gianta”, jakby przypominając bohaterom o kraju zostawionym po drugiej stronie Atlantyku. W zimną i wilgotną noc, na wybrzeżu nowego kontynentu, tęsknota za domem naprawdę może dać się we znaki.

„Giant” jest dopracowanym i przemyślanym utworem; chociaż nie przypomina rockowej suity, słowa i muzyka wyrażają wiele emocji. O tym, jak bardzo klimatyczny jest to utwór, przekonał się autor wspomnienia, na które trafiłem na jednej z kanadyjskich stron. Alan Elliott, na Owen Sound Folk Festival w Ontario, słyszał „Gianta” na żywo:

Był to jeden z momentów, kiedy zobaczyłem Stana po raz pierwszy, krótko po wydaniu jego pierwszego albumu. Stał na scenie w niedzielne popołudnie z Johnem Allanem Cameronem i innymi. Zagrał „Gianta” – piosenkę o portach, deszczu, żywiołach i krwi druidów. Zaczął padać deszcz. Dudnienie rosło wraz z piosenką. Burza narastała. Stan zorientował się, że utwór doskonale pasuje do pogody. Roześmiał się, uderzył w struny gitary i zagrzmiał. Uśmiechnął się szerzej, a deszcz odpowiedział, dudniąc głośniej. Zabrzmiała ostatnia nuta. Zrobiliśmy przerwę, aż ulewa ustała. Ale to będzie trudne do naśladowania.

Alan Elliott

Wspomnienie Alana Elliota to dowód na to, że z „Gianta” najwięcej „wyciska się” w konkretnych, często nieoczekiwanych i indywidualnych okolicznościach. Dla Elliota była to burza w czasie koncertu. Ja z utworu Rogersa najwięcej biorę w chłodny, marcowy wieczór, kiedy mam już dość zimy i zaczynam tęsknić za wiosną. Wystarczy kilka dźwięków, żeby wczuć się w klimat i zatęsknić za słońcem przebijającym się przez zielone liście, podróżowaniem, swobodą…

Myśląc o „Giancie” i Stanie Rogersie przychodzi mi do głowy jeszcze jedna refleksja. Niektórzy mogą powiedzieć, że jest „na wyrost”, ale pojawia się ona w mojej głowie już od dłuższego czasu i czuję, że chcę się nią podzielić. To trochę jak wspomniana wcześniej tęsknota za domem, tyle że pisanym wielką literą. Stan Rogers odszedł i w tym świecie nie zagra już żadnego koncertu. Ale mimo to jestem pewien, że kiedyś usłyszę go „na żywo”. Odrealnione marzenie? Nic z tego. Chrześcijańska perspektywa pozwala mi wierzyć, że spotkanie z ludźmi, których nie mieliśmy okazji poznać, a którzy nas zainspirowali, jest tylko kwestią czasu. Ks. Grzegorz Strzelczyk, który jest teologiem i zna się na „tych sprawach” lepiej ode mnie, twierdzi, że istnieje ciągłość między obecnym światem, a przyszłym. Czy to oznacza, że kiedyś – będąc w bliskości z Bogiem i innymi ludźmi, nie podlegając ograniczeniom czasu i przestrzeni – będziemy mogli przeżyć wszystko jeszcze raz i na nowo zarazem? Jeśli tak, założę się, że Stan Rogers czeka już na nas z fajką i gitarą; wokół nie ma zimy, pandemii i wojen, jest tylko niekończąca się wiosna. I wiecie co? Taka perspektywa cholernie mi się podoba.

CategoriesPodróże
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.