C

Co nocne niebo i motyl niedźwiedziówkowaty mówią o Bogu?

W kilku zdaniach, które napisał na Facebooku ks. Wojciech Węgrzyniak, znajduje się trudna do nazwania, a jednocześnie bliska mi nadzieja, że sedno głębszej relacji z Bogiem i życia pełnego pokoju jest tak blisko, że sięgnięcie po nie wydaje się zbyt proste, aby było skuteczne.

Zdjęcie główne: eberhard 🖐 grossgasteiger / Unsplash

Niedawno korespondowałem z moją znajomą. Wśród kilku dymków (nie pisaliśmy do siebie jakiś czas, więc trochę się ich nazbierało) zobaczyłem wiadomość takiej treści: „a, i trafiłam na wpis, który skojarzył mi się z Tobą”. Na załączonym wycinku ekranu znajdował się wpis ks. Wojciecha Węgrzyniaka. Gdy go przeczytałem, na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

Tak sobie myślę, że Bóg po śmierci zapyta: „A widziałeś motyla niedźwiedziówkowatego? A zobaczyłeś jak wygląda dolina ze szczytu w gwiaździstą noc? A wiesz, kiedy głuszec jest najbardziej zagrożony? A zobaczyłeś to jezioro i góry takie a takie?”. Pewno odpowiem: „Panie Boże, kiedy? Tyle było roboty!”.
„To po co ja to dla ciebie stwarzałem?”.

Jak się okazało, autor kilka dni temu przypomniał swój wpis sprzed siedmiu lat, zaznaczając jednak, że wciąż myśli podobnie. Pewnie szybko zapomniałbym o poście, gdyby nie to, że jego treść na dobrą chwilę „odkleiła” mnie od tego, czym się aktualnie zajmowałem. I chyba dlatego postanowiłem o tym napisać.

Coś głębokiego i prostego jednocześnie

Pośpiech, napięty terminarz, „plumkające” bez przerwy powiadomienia i stres to nieodłączne elementy naszego życia. Codziennie, od rana do wieczora, bombardują nas informacje o tragicznych wypadkach, skandalach i problemach nie do rozwiązania. Zasypiamy i budzimy się przy świetle smartfona. Nasz wewnętrzny zegar jest nastawiony na nieustanne działanie: „Wstań”, „Pośpiesz się”, „Nie marnuj czasu”, „Jesteś w plecy z tyloma zadaniami”. Żyjemy przekonani, że jesteśmy tyle warci, ile robimy. Brak zaangażowania, aktywności i kreatywności (w wielu sferach życia) jest odbierany jako nieporadność, nieumiejętność odnalezienia się w świecie lub przejaw lenistwa (nawet jeśli wynika to z aktualnej sytuacji życiowej, stanu zdrowia lub – po prostu – ludzkiej potrzeby). Mając wybór, wolimy pracować więcej, zdarza się, że robimy nadgodziny i dorabiamy w weekendy. Zgoda, czasem trzeba zostać w pracy dłużej. Ale co, jeśli robimy to kosztem siebie i bliskich, byle na naszych kontach pojawiła się większa suma, byle zabezpieczyć się na przyszłość. A przecież wystarczy taka sytuacja, jaką mamy obecnie, by przekonać się jak niewiele od nas zależy, jak szybko topnieją oszczędności naszego życia.

Niestety w naszej wierze działamy podobnie. Kierujemy się zasadą, że im więcej czasu poświęcamy na modlitwę (często nie zwracając uwagi na jej jakość), tym bardziej jest ona skuteczna. Im więcej robimy, tym więcej… (każdy na pewno dokończy to zdanie po swojemu). Zbyt często jesteśmy powierzchowni, za mało szukamy głębi, uciekamy przed ciszą i bezczynnością. Wydaje nam się, że tam, gdzie przestajemy działać, zaczyna się pozbawiona wartości przestrzeń.

Oczywiście żadna skrajność nie jest dobra. Nie chodzi o to, żeby teraz przestać pracować lub wywracać do góry nogami naszą duchowość. Wydaje się jednak, że Pan Bóg zaprasza nas do czegoś innego, głębokiego i prostego jednocześnie, a ciągły pośpiech, życie w napięciu i stresujące osiąganie wyników nie są tym, o co chodzi naszemu Ojcu.

Chwile ciszy w zabieganej codzienności

Nie znalazłem cudownego sposobu na każdą z życiowych trudności. Sam nieustannie z nimi walczę. Ale wydaje mi się, że w kilku zdaniach, które przypomniał na Facebooku ks. Węgrzyniak, znajduje się jakaś trudna do nazwania, a jednocześnie bliska mi nadzieja, że sedno głębszej relacji z Bogiem i życia pełnego pokoju jest tak blisko nas, że sięgnięcie po nie wydaje się zbyt proste, aby było skuteczne.

Lubię chwile ciszy w zabieganej codzienności. Są dla mnie czymś bardzo ważnym i staram się wchodzić w nie świadomie. Nie zawsze udaje mi się wyciszyć telefon, nie zawsze moje myśli przestają krążyć wokół problemów, ale kiedy uda mi się zadbać choćby o kilka minut uważności, mój umysł ogarnia pokój. Czuję, jakby ktoś zdjął z moich pleców olbrzymi ciężar. I odwrotnie, gdy przez dłuższy czas nie dbam o wyciszenie, moje ciało prędzej czy później daje o sobie znać, zwykle bólem ramion, karku i kręgosłupa. Wyciszenie najłatwiej przychodzi mi na łonie natury. Spacer wśród drzew, słuchanie szumu wiatru, kwadrans spędzony na ławce z widokiem na góry – odprężają i budzą podziw wobec piękna stworzonego przez Boga świata. Bardzo lubię kościoły, w których trwa wieczysta adoracja. Można do nich wejść, uklęknąć i w ciszy pobyć z Jezusem. Dziesięć minut takiej adoracji ładuje moje akumulatory w sposób nieporównywalny do czegokolwiek innego. Lubię gdy Eucharystia sprawowana jest bez słynnych „trzech kazań”, specjalnych podziękowań dla głównego celebransa i homilii, która nie ma nic wspólnego z Ewangelią. Lubię proste msze, recytowane; zdecydowanie łatwiej skupić się wtedy na liturgii.

Prostota zbliża do Boga

Piszę to wszystko, bo wierzę, że prostota i zachwyt nad codziennymi oczywistościami, rzeczywiście mogą być lekarstwem na wiele niepokojów i kluczem do pogłębienia relacji z Bogiem. Czasami tak trudno dostrzec szczęście, które jest wokół nas. Szukamy go w działaniu, rozwoju, absorbujących zainteresowaniach, próbujemy na wszelkie możliwe sposoby przebić się przez algorytmy social mediów, a nie dostrzegamy piękna wieczornego nieba, kształtów chmur, otulonego mgłą szczytu ani motyla niedźwiedziówkowatego (nie wiedziałem, że w Polsce żyje 45 gatunków tych owadów).

Oczywiście rzucenie wszystkiego i wyjechanie w góry, aby podziwiać nocne niebo, może być wyzwaniem nie do zrealizowania tu i teraz. Ale – z drugiej strony – czy będzie lepszy czas na robienie takich planów niż początek roku? Może warto już teraz zapisać w kalendarzu nazwę gór, które od dzieciństwa chcieliśmy zobaczyć? Albo odkurzyć stare marzenia o znalezieniu bursztynu lub zobaczeniu prawdziwie rozgwieżdżonego nieba? A jeśli chodzi bardziej aktualne postanowienia? Co powiecie na krótką adorację w ciszy, wyłączenie na weekend (lub chociaż na niedzielę) transmisji danych w smartfonie, leśny spacer, zatrzymanie się przy ośnieżonym drzewie lub – w bliskiej już perspektywie – podziwianie górskich storczyków? Może warto, zamiast skrolowania Instagrama i dołowania się tym, że inni mają lepsze życie, wypić w spokoju kawę?

Szukamy szczęścia w działaniu, rozwoju, absorbujących zainteresowaniach, próbujemy na wszelkie możliwe sposoby przebić się przez algorytmy social mediów, a nie dostrzegamy piękna wieczornego nieba, kształtów chmur ani otulonego mgłą szczytu.

„Ksiądz od uważności”

Gdy o tym piszę, przychodzi mi na myśl ks. Jan Twardowski, który – jak mało kto – może być wzorem dostrzegania drobiazgów prowadzących do Boga. Jana Twardowskiego często nazywamy „księdzem od biedronek”, ale to krzywdzące uproszczenie. Ktoś, kto potrafi wzruszyć się małą biedronką wcale nie musi być ckliwy, ale – jak napisał kiedyś Grzegorz Kramer SJ – może mieć po prostu „otwarte oczy”. Patrzenie na świat oczami ks. Jana Twardowskiego wcale nie jest łatwe; to sztuka, której dzisiaj musimy się od nowa uczyć i chyba tak naprawdę nie mamy innego wyjścia. Gdy jesteśmy zmęczeni, bolą nas kręgosłupy i mamy problemy ze snem, uważność może być naszą pierwszą linią obrony. Warto również zaprzyjaźnić się z przyrodą, bo nie ma lepszej nauczycielki uważności.

Każdy z nas ma swoją drogę do Boga i nie do każdego „przemówi” post o głuszcu i motylu niedźwiedziówkowatym. Ale jedno jest pewne – nieumiejętność bycia tu i teraz, która na tak wielu poziomach z impetem wkroczyła w naszą codzienność, na pewno nam nie pomoże.

W poście ks. Wojciecha Węgrzyniaka zawarta jest obietnica spotkania z Bogiem, Ojcem nas i wszystkiego, co nas otacza – gór, mórz, jezior, wysp i lodowców. Jeśli ich piękno i potęga już teraz nas poruszają, jaki musi być ten, który je stworzył? Nie zdziwię się, jeśli po śmierci Bóg rzeczywiście nas zapyta o to, czy podobały nam się Jego dzieła. Co odpowiemy?

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

CategoriesLifestyle
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

  1. Magda says:

    Pięknie napisane. Dzisiaj, w obliczu tego, co dzieje się tak blisko nas, na Wschodzie, te słowa stają się jeszcze bardziej aktualne. I… nie miałam pojęcia o istnieniu motyla niedźwiedziówkowatego. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.