P

Pociągiem za krąg polarny. Kolejowa podróż do serca Laponii

„Polarny ekspres” istnieje naprawdę. Odjeżdża ze Sztokholmu, przejeżdża całą Szwecję i zawozi turystów do serca Laponii. Jest niewiele droższy od pociągu relacji Kraków-Gdynia i pozwala przeżyć niezapomnianą przygodę na końcu świata. Przeczytaj reportaż z kolejowej wyprawy do Abisko – mekki łowców zórz polarnych i miłośników północy.

Zdjęcie główne: David Becker / Unsplash

Szwedzkie koleje są punktualne. Gdy po 12 godzinach i 20 minutach jazdy przez fennoskandzką tajgę nocny pociąg zatrzymał się w Boden, mieliśmy dokładnie 9 minut na przesiadkę. Przechodząc z jednej strony peronu na drugą (konduktor w Szotkholmie dokładnie wyjaśnił nam, jak będzie wyglądała przesiadka), pomogliśmy rodzinie imigrantów przenieść bagaże. Były ciężkie; wyglądało na to, że rodzice i piątka dzieci spakowała w nich cały dobytek. My, jakby dla kontrastu, mieliśmy ze sobą tylko plecaki 40x30x20 (za większy bagaż trzeba było zapłacić więcej, niż kosztował bilet lotniczy). Pięć minut później na stacji zatrzymał się pociąg przesiadkowy. Przez chwilę dwa składy stały obok siebie, jakby dając pasażerom czas na decyzję – jechać dalej do Luleå i pozostać w zasięgu cywilizacji albo przeciwnie – na dziką północ. Chociaż na niebie zbierały się chmury i zanosiło się na deszcz, zajęliśmy miejsca w pociągu jadącym za krąg polarny. Dokładnie o 10:54 (zgodnie z rozkładem) skład ruszył. Znowu znaleźliśmy się wśród tajgi, tym razem rzadszej i bardziej karłowatej. Chmury robiły się coraz cięższe. Stałem sam na końcu składu i patrzyłem na znikający krajobraz. Zastanawiałem się, czy na pewno dobrze zrobiłem, wsiadając do „polanego ekspresu”. Nagle, po obydwu stronach toru, mignęły dwie niebieskie tabliczki. Napis na nich sprawił, że serce zabiło mi szybciej. „Arctic Circle”. Pierwszy raz w życiu przekroczyłem krąg polarny. W tej samej chwili zaczął padać deszcz.

Rok 2021 pod względem planowania był trudniejszy, niż poprzedni. Tęskniłem za północą. Od 2019 roku nie byłem w żadnym kraju skandynawskim, a przecież obiecywałem sobie, że będę często je odwiedzał. Kiedy więc zbliżał się długo wyczekiwany urlop, postanowiłem, że przynajmniej jego część spędzę na północy Europy. Wrzesień nie wydawał się jednak najlepszą porą na podróż do Skandynawii; pogoda jest wtedy niepewna, nie ma jeszcze psich zaprzęgów i trochę za wcześnie na oglądanie zorzy polarnej. Mimo to, kiedy trafiłem w internecie na artykuł o pociągu, który wyjeżdża ze Sztokholmu, kosztuje niemal tyle samo co podróż z Krakowa do Gdyni i zawozi turystów za krąg polarny, do samego serca Laponii, nie zastanawiałem się długo. Wspólnie ze znajomymi zabukowałem nocleg i wszystkie potrzebne bilety.

Sztokholm, miasto kawy i eleganckich ludzi

Samolot wystartował z Krakowa o 7:25 i już po niecałej godzinie oglądaliśmy poszarpane wybrzeże Szwecji. Wraz ze zmniejszającą się wysokością naszym oczom ukazywało się coraz więcej szczegółów – setki oderwanych od lądu wysepek, gęste lasy i miejscowości z czerwonymi domami. Gdy wyszliśmy z samolotu, poczułem w nozdrzach rześkie, skandynawskie powietrze.

Wybrzeże Szwecji | fot. Piotr Kosiarski

Z portu lotniczego Sztokholm-Skavsta do stolicy musieliśmy dojechać autobusem. W miarę jak zbliżaliśmy się do Sztokholmu, miejsce lasów i pól zajmowała coraz bardziej zwarta zabudowa. Także ruch stawał się większy. Gdy minęliśmy przedmieścia, autobus wjechał na wiadukty, rozpięte nad wrzynającymi się w ląd zatokami. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, jak malownicza i pięknie położona jest stolica Szwecji. Wkrótce zatrzymaliśmy się przy Stockholms centralstation czyli „Sztokholmie głównym”. Ponieważ „polarny ekspres” odjeżdżał dopiero o 22:25, mieliśmy prawie dwanaście godzin na zwiedzenie miasta.

Zaczęliśmy szukać kawiarni. Jako smakosz małej czarnej, nie mogłem odmówić sobie przyjemności wypicia szwedzkiej kawy, tym bardziej, że skandynawskie palarnie znane są na całym świecie, a kawa jest dla Szwedów napojem narodowym. Tradycyjna szwedzka kawa do fika (sv. szwedzki obyczaj polegający na piciu kawy i spożywaniu słodkiej przekąski, często w towarzystwie przyjaciół lub w przerwie w pracy). Pierwszą fikę w Szwecji wypiłem, wygrzewając się w promieniach wrześniowego słońca; gęsty napój o aromacie gorzkiej czekolady był wyśmienity.

Pogoda, która miała być deszczowa i wietrzna, rozpieszczała. Przeszliśmy kilka ruchliwych skrzyżowań i spokojnych placów, obok kwiaciarni i salonów Volvo, na bulwar Strandvägen. Spacerując po marinie, mimowolnie obserwowałem przechodniów. Spokojni, zdystansowani, zamyśleni, z gazetą, psem lub kawą, zawsze schludnie ubrani. Wszyscy – nawet starsi – sprawiali wrażenie zadowolonych i pełnych energii. Przypomniałem sobie wszystkie dziwne historie o Szwedach – wyalienowanych samotnikach, umierających w mieszkaniach, których śmierci nikt nie zauważa, dopóki sąsiedzi nie zgłoszą służbom przykrego zapachu, starzejącym się społeczeństwie, dzieciach, które mają problem z tym, kogo nazywać mamą i tatą, nastolatkach pod opieką kuratorów („Millenium” Stiega Larssona zrobiło swoje). Bez względu na to, co jest prawdą a co nie, jeden dzień w stolicy Szwecji to zbyt krótko, by wyciągnąć wnioski.

Spacerowaliśmy bez planu. Naszym celem była północ, dlatego myślami byliśmy już w pociągu. Przed 22:00, z siatkami pełnymi zakupów, weszliśmy na peron Stockholm centralstation. Pociąg już na nim czekał.

„Polarny ekspres”

Skład ruszył punktualnie, po kilkudziesięciu minutach zostawił przedmieścia Sztokholmu i zanurzył się w ciemną, skandynawską noc. Usiadłem głębiej w fotelu, zapierając się kolanami o oparcie pasażera przede mną i zsunąłem na oczy polarową czapkę. Na dobre przebudziłem się dopiero nad ranem, gdy za oknem łuna wschodzącego słońca wytapiała z ciemności porośnięte iglastym lasem wzgórza i skupiska wygładzonych przez lądolód skał. Byliśmy gdzieś w centralnej części Szwecji. Między pociągiem a horyzontem nie było widać ani jednego budynku, ani jednego źródła elektrycznego światła.

Po dwóch godzinach pociąg zbliżył się do brzegu Zatoki Botnickiej, najbardziej wysuniętej na północ odnogi Bałtyku, rozświetlonej teraz promieniami wschodzącego słońca. Przeszliśmy do wagonu restauracyjnego i zamówiliśmy fikę; czekoladowy muffin i kawa z przemysłowego termosu rozbudziły mnie na dobre. Na zewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozciągała się najprawdziwsza w świecie tajga. Za każdym razem, gdy pociąg mijał jezioro lub przejeżdżał przez przerzucony nad rzeką most, serce biło szybciej.

Wróciliśmy na miejsca. Tuż obok naszego wagonu znajdował się segment sypialny, w którym można było otwierać okna; stanąłem więc przy jednym z nich i zsunąłem szybę. Rześki podmuch skandynawskiego powietrza wpadł do wagonu, wypełniając go zapachem jesieni. Powietrze było jak kryształ, a złote liście brzóz kontrastowały z jasnobłękitnym niebem.

Dopiero koło południa nad północnym horyzontem pojawił się wał chmur, który z każdą minutą przybliżał się do czoła pociągu. Pogoda na dobre popsuła się tuż przed przesiadką w Boden.

„Niebieska szczelina”

Po przecięciu koła podbiegunowego zaczął padać deszcz ze śniegiem. Sprawdzała się pesymistyczna prognoza pogody – przez północną Szwecję przechodził wilgotny front. Największe załamanie pogody nastąpiło, gdy pociąg wjechał do Kiruny – górniczego miasta, pełnego kopalń i taśmociągów. Tamtejsza ruda żelaza – jedna z najlepszych na świecie – miała strategiczne znacznie dla przemysłu wojennego III Rzeszy. Bitwa o odległy o 130 km Narwik, w której brali udział m.in. polscy żołnierze z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, została stoczona właśnie z powodu tego surowca. W Kirunie na dobre zniknęły kolory jesieni, a ich miejsce zajęła czerń hałd i brudna biel niewielkich połaci śniegu. Mimo to nie traciłem nadziei. Przed wyjazdem czytałem, że Abisko to jedno z najbardziej słonecznych miejsc w Szwecji, a mieszkańcy jedną z tamtejszych dolin zwykli nazywać „niebieską szczeliną” (roczna suma opadów nie przekracza w niej 300 mm). I rzeczywiście, choć wydawało się to nieprawdopodobnie, gdy tylko pociąg opuścił Kirunę, pogoda natychmiast zaczęła się poprawiać. Zmienił się również krajobraz – wokół pojawiły się obłe wzgórza i rzadki brzozowy las, a po prawej stronie toru – długie na 330 km polodowcowe jezioro Torneträsk, nad którym leżało Abisko. Pociąg – jakżeby inaczej – zjawił się na miejscu punktualnie. Dojście ze stacji na nocleg zajęło nam około dziesięciu minut.

Widok z pociągu na jezioro na Torneträsk | fot. Piotr Kosiarski

Abisko Guesthouse & Activities przywitał nas porożami łosi, zdjęciami zorzy polarnej i polskimi pracownikami. Czysty i schludny hostel miał wszystko, czego potrzeba – wspólną kuchnię, sterylne łazienki i prysznice, miejsce do wypoczynku oraz… pokoje bez okien (znajdowały się w dolnej kondygnacji budynku). Rozwiązanie to, choć może wydawać się dziwaczne, jest bardzo praktyczne – latem tylko w takich pokojach można się spokojnie wyspać (gdy słońce nie zachodzi, nie pomagają nawet grube zasłony).

Abisko to jedno z najbardziej słonecznych miejsc w Szwecji, a mieszkańcy jedną z tamtejszych dolin zwykli nazywać „niebieską szczeliną” (roczna suma opadów nie przekracza w niej 300 mm).

Niebo rozpogadzało się coraz bardziej. „Niebieska szczelina” naprawdę zaczęła się otwierać. Nie zważając na wieczorny chłód, wybrałem się na spacer po Abisko. Przytulona do jeziora wieś składała się z kilkunastu domów i sprawiała wrażenie bezludnej. Choć w domach paliło się światło, na ulicach nie spotkałem nikogo. Dookoła piętrzyły się góry. Ich skaliste, pozbawione drzew wierzchołki wyraźnie odcinały się od coraz bardziej pogodnego nieba. Zszedłem nad jezioro i usiadłem nad wodą, w której odbijało się wieczorne niebo. Czułem jak w moim sercu rozlewa się wdzięczność.

„Aurora’s Alert!”

Przed wejściem do hostelu spotkałem jednego z towarzyszy, który wyszedł się przewietrzyć i sprawdzić, czy na niebie widać zorzę polarną. Choć dzień wrażeniami był już wypełniony po brzegi, zgodziliśmy się, że obserwacja tego zjawiska byłoby wśród doznań wisienką na torcie. Żaden z nas jednak nie wierzył, że jest to możliwe. Naszą rozmowę usłyszała Weronika, Polka pracująca w hostelu, która otworzyła drzwi przyczepy kempingowej.

– Zorza najpierw wygląda jak niepozorna chmura. Dopiero po chwili zaczyna świecić – powiedziała, zapraszając nas do środka.

Gościnność i serdeczność Weroniki (oraz kubek gorącej herbaty) rozwiały moje wątpliwości – spotkaliśmy anioła. Zaczęły się „polarne Polaków rozmowy” – o pracy za kołem podbiegunowym, szwedzkim społeczeństwie, skandynawskiej przyrodzie… To właśnie od Weroniki dowiedzieliśmy się, że jesień wbrew pozorom jest najlepszą i często niedocenianą porą na odwiedzenie Skandynawii; turystów jest wtedy mało, a kolory jesieni oszałamiające. Na koniec Weronika poruszyła temat, który nurtował nas od zachodu słońca.

„Dziś panują świetne warunki do obserwowania zorzy polarnej. Koniecznie patrzcie w niebo”.

Wyszedłem z przyczepy. Ale nawet mimo takiego zapewnienia postanowiłem położyć się spać i odłożyć polowanie na zorzę polarną do jutra. Pół godziny później mój półsen przewał głos Weroniki, który postawił na nogi cały hostel: „Aurora’s alert!”. Zerwałem się z łóżka, błyskawicznie włożyłem spodnie, kurtkę i buty. Nie zasznurowując ich, wybiegłem z hostelu. Weronika stała w towarzystwie kilku osób i wpatrywała się w niebo. Spojrzałem na północ. Powyżej linii horyzontu zaczęła rozlewać się zielonkawa wstęga.

Kształt zorzy polarnej, jej intensywność, a nawet sposób w jaki się porusza, zależą od aktywności słońca, które nieustannie wyrzuca w przestrzeń kosmiczną swoje cząstki (wiatr słoneczny). Gdy słońce jest aktywne, na jego powierzchni dochodzi do rozbłysków, a wiatr słoneczny – po dotarciu do pola magnetycznego ziemi – wzburza atomy i powoduje ich świecenie. W zależności od aktywności słońca oraz ilości wyrzuconej plazmy (inna nazwa wiatru słonecznego) zorza polarna może pozostać świecącą plamą, lub zamienić się w zielono-różową, tańczącą wstęgę.

Kształt zorzy polarnej, jej intensywność, a nawet sposób w jaki się porusza, zależą od aktywności słońca, które nieustannie wyrzuca w przestrzeń kosmiczną swoje cząstki.

Zorza, która 14 września rozświetliła nocne niebo nad biegunem północnym nie miała pozostać plamą. W ciągu kilkudziesięciu sekund rozlała się nad widnokręgiem, tworząc zieloną smugę o delikatnie zaróżowionej podstawie. Co kilkanaście sekund zmieniała kształt, tańcząc poniżej Wielkiej Niedźwiedzicy, nawarstwiając się i rozlewając na inne części nieba.

Zeszliśmy nad jezioro i staliśmy, podziwiając nocne zjawisko.

– Nie jest taka ładna jak na zdjęciach – powiedział mój znajomy. Rzeczywiście, długa ekspozycja dobrego aparatu potrafi „wycisnąć” z nocnego nieba znacznie więcej, niż ludzkie oko. Tuż obok mnie stał fotograf, który profesjonalnym sprzętem robił doskonałe zdjęcia. Mi jednak tego wieczoru w zupełności wystarczył widok tańczącej, zielonej wstęgi. Zachwyt, którego doświadczyłem, pozostanie w moim sercu na zawsze. Napiszę wprost (i nie będzie w tym żadnej przesady) – już dawno nie miałem tak wyraźnego poczucia, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Zdjęcie zorzy polarnej nad Abisko wykonane profesjonalnym aparatem | fot. David Becker / Unsplash

Góry, karłowate lasy i „wieczna” zmarzlina

W nocy „niebieska szczelina” otwarła się na oścież. Gdy rankiem wyszedłem z hostelu, zaparło mi dech – naprzeciwko zobaczyłem potężną gardziel Lapporten (Brama Laponii), którą do tej pory znałem tylko ze zdjęć i artykułów podróżniczych. Charakterystyczna „u-kształtna” dolina – wczoraj zakryta chmurami, dzisiaj w całej okazałości – dominowała nad okolicą.

Ten i następne dni spędziliśmy, wędrówkach po szlakach parku narodowego. Wieś Abisko położona jest niecałe dwa kilometry od Abisko Turiststation – centrum turystycznego, które można porównać do amerykańskich Visitor Centers. Oprócz stacji kolejowej (drugiej w okolicy) znajduje się tam przytulny hotel i restauracja. Przede wszystkim jest to jednak miejsce, z którego rozchodzą się szlaki prowadzące wgłąb parku, w tym słynny Kungsleden (sv. Szlak Królewski), długodystansowy szlak turystyczny, poprowadzony przez dzikie ostępy Laponii. Właśnie tym szlakiem postanowiliśmy powędrować pierwszego dnia. Choć cała trasa liczy 440 kilometrów, my pokonaliśmy jedynie jej początek – 10 kilometrów – do jeziora Ábeskojávri. Poprowadzona wśród karłowatych brzóz trasa jest jedną z najbardziej malowniczych w parku. Kungsleden jest dobrze utrzymany; nie brakuje na nim ławek, zadaszeń, w których można się schronić przed wiatrem i deszczem, a nawet miejsc na ognisko.

Szlak rozpoczynał się przy torach kolejowych, blisko kaskad Ábeskoeatnu. Spieniona woda, przejrzysta jak kryształ i zimna jak lód, piętrzyła się w skalistych progach i z hukiem spadała do znajdującego się 50 metrów poniżej toru skalnego przekucia (zostało ono wydrążone przez ludzi, aby zabezpieczyć linię kolejową). Ścieżka znad kaskad delikatnie wznosiła się w górę, przecinając rzekę i strumienie. Szlak często zastępowały drewniane pomosty, bardzo charakterystyczne dla skandynawskich szlaków turystycznych. Kładki te bardzo ułatwiają wędrówkę, bowiem wyobrażenie o tym, czym jest pewny grunt, za kołem podbiegunowym nabiera zupełnie nowego sensu. Wszystko przez permafrost (ang. „wieczną” zmarzlinę), której wierzchnia warstwa, wbrew nazwie, rozmarza latem, tworząc nasączony wodą teren. To również doskonałe warunki do powstawania torfowisk, które licznie występują na tych obszarach. Przejście przez nasączone wodą torfowiska – bez kładek – byłoby niemal niemożliwe; każde nadepnięcie na pozornie pewny grunt powodowało charakterystyczne chlapnięcia i zapadanie się w grzęzawisko.

Szlak Kungsleden jest dobrze utrzymany; nie brakuje na nim ławek, zadaszeń, w których można się schronić przed wiatrem i deszczem, a nawet miejsc na ognisko.

Po przejściu 10 kilometrów dotarliśmy do jeziora, nad którym, po raz kolejny ogarnął mnie zachwyt połączony z wdzięcznością. Gładka jak lustro tafla jeziora, w której odbijały się pokryte śniegiem góry, słońce i błękitne niebo emanowały głębokim spokojem.

Następnego dnia dotarliśmy do położonych na północny-zachód jezior Gorsajávri. Prowadzący do nich szlak, mniej popularny od słynnego Kungsleden, był bardziej dziki i odludny (spotkaliśmy na nim tylko renifery i łosia). Bezsprzecznie królowała na nim przyroda. Zamiast ławek – głazy, zamiast osłon przed wiatrem – zagłębienia skał. Tylko tafla wody w jeziorach była tak samo spokojna jak poprzedniego dnia. Popołudniu na niebie pojawiły się chmury, które zwiastowały załamanie pogody. I rzeczywiście – następnego dnia „niebieska szczelina” się zamknęła.

„I’m so fucking happy to see you”

Choć pogoda przestała dopisywać, nie mieliśmy zamiaru spędzać ostatniego dnia w hostelu. Za cel obraliśmy Lapporten – olbrzymią dolinę, którą pierwszego dnia zobaczyłem po wyjściu z hostelu. Chociaż wydawało się, że Brama Laponii jest na wyciągnięcie ręki, dzielił nas od niej dystans ponad dziesięciu kilometrów; rozległą przestrzeń pokrywał karłowaty las, podmokłe łąki i torfowiska. W odróżnieniu od wcześniejszych szlaków, na ścieżce do Lapporten nie było ani jednej kładki, a szlak pojawiał się tylko po to, by za chwilę zniknąć w grzęzawisku. Wraz z wysokością wokół pojawiało się coraz więcej skał i śniegu.

Po drodze spotkaliśmy wracającą z gór kobietę. Gdy nas zobaczyła, zawołała przez łzy: „I’m so fucking happy to see you”. Zrobiłem wielkie oczy, ale ona nie okazała choćby cienia zakłopotania. Joana (tak miała na imię pochodząca z Finlandii kobieta) od tygodnia wędrowała samotnie, śpiąc w namiocie i ładując telefon z powerbanków. Szóstego dnia prąd się skończył, podobnie jak jedzenie. Gdy rozładowała się latarka, a przemoczone buty i spodnie nie nadążały już schnąć, kobieta zrozumiała, że znajduje się w trudnej sytuacji. Byliśmy pierwszymi ludźmi, których spotkała. Podobnie jak my, kluczyła wśród grzęzawisk, jednak nieporównywalnie bardziej zmęczona. Pożegnaliśmy ją, pocieszając, że „już nie daleko”.

Spotkanie z Joaną uświadomiło mi, że góry dookoła to nie Beskidy ale surowe i niegościnne turnie, położone 300 km za kołem podbiegunowym. Wędrując w takich warunkach – bez prądu i zasięgu – jest się zdanym tylko na siebie.

W odróżnieniu od innych szlaków, na ścieżce do Lapporten nie było ani jednej kładki, a szlak pojawiał się tylko po to, by za chwilę zniknąć w grzęzawisku.

Droga do Lapporten dłużyła się. Choć cały czas wydawało się, że przełęcz jest już bardzo blisko, okazywało się to frustrującym złudzeniem (z pewnością zna je każdy, kto wchodził na Kopę Kondracką od strony Giewontu). W końcu, zmęczeni i zmarznięci, stanęliśmy na przełęczy i zajrzeliśmy za skalne siodło. „U-kształtna” dolina opadała w dół, ciągnąc się jeszcze wiele kilometrów. Na przełęczy połyskiwało jezioro, a daleko na horyzoncie, gdzieś na końcu doliny, majaczyły zamglone szczyty. Niemal arktyczna pogoda wydobyła z tego miejsca surowe, dziewicze piękno. Wracaliśmy w milczeniu. W połowie drogi do Abisko odbiliśmy jeszcze na Paddus, polodowcowy drumlin (owalne, wygładzone przez lód wzgórze), na którym Saamowie (rdzenni mieszkańcy Laponii) składali ofiary. Gdy wdrapaliśmy się na jego wierzchołek, Lapporten znowu było skąpane w promieniach słońca.

Jesień przeżyta dwa razy

Następnego dnia „polarny ekspres” zabrał nas z powrotem do Sztokholmu, z którego wylecieliśmy do Polski. Chociaż ostatnią dobę w Szwecji przecierpiałem z powodu ostrego zatrucia (więcej o tym napisałem tutaj), kolejowa podróż za krąg polarny była jednym z najbardziej spontanicznych i udanych przedsięwzięć w czasie pandemii koronawirusa. Każdy dzień wnosił coś nowego. Słoneczny spacer po Sztokholmie, wschód słońca nad Bałtykiem, zorza polarna, surowość arktycznego krajobrazu i spokojna tafla górskich jezior. Nie spodziewałem się, że dane mi będzie zobaczyć i przeżyć aż tyle.

Pożegnanie ze Szwecją | fot. Piotr Kosiarski

Gdy wróciliśmy do kraju, jesień nie zdążyła jeszcze wydobyć z drzew ognistych kolorów. Dopiero dwa tygodnie później jej fala spłynęła z północy Europy do Polski, obsypując drzewa oszałamiającymi barwami. W roku 2021 przeżyłem jesień dwa razy.

CategoriesPodróże
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

  1. Magda says:

    Dziękuję
    Czyta się jednym tchem ☺️
    Bardzo chciałabym tam pojechać
    Niesamowite miejsca
    Przepiękny,surowy klimat
    Cudowne widoki ☺️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.