Burza nad Wigrami

Nieczęsto zdarza się przeżyć coś, co można nazwać cudem. Latem ja i mój przyjaciel wybraliśmy się na kajakowy spływ Czarną Hańczą i już kilka godzin po jego rozpoczęciu ledwo uszliśmy z życiem. Niełatwo przychodzi mi wiara w cuda. Muszę jednak przyznać, że tym razem doświadczyłem bardzo realnej „pomocy z góry”.

Naszą kajakową przygodę zaczęliśmy około południa na jeziorze Wigry; pogoda była piękna – nic nie zapowiadało tego, co miało niebawem nastąpić. Ciesząc się spływem, bliskością przyrody i rozpoczynającym się urlopem, zapomnieliśmy zrobić dwóch podstawowych rzeczy. Po pierwsze – nie sprawdziliśmy prognozy pogody. Po drugie – zajęci wiosłowaniem, nie patrzyliśmy za siebie.

Jezioro Wigry ma kształt litery „S” (oczywiście jego linia brzegowa jest pełna zatok i półwyspów, ale generalnie można wyobrazić sobie jego kształt właśnie za pomocą tej litery). Kajak zwodowaliśmy w Gawrych-Rudzie, dlatego najpierw płynęliśmy z zachodu na wschód. Po kilkudziesięciu minutach wiosłowania zaczęliśmy skręcać na północ i właśnie wtedy, dokładnie za naszymi plecami, niebo zaczęło robić się granatowe. Jest to podobno jeden z częstszych błędów żeglarzy, którzy skupieni na prowadzeniu łodzi przed siebie, zapominają o obserwowaniu nieba za nimi. Dopiero kiedy zerwał się silniejszy wiatr, zauważyliśmy, że niebo za nami jest prawie czarne. Jednak nawet wtedy płynęliśmy dalej, mając nadzieję, że burza przejdzie bokiem (wciąż świeciło słońce i było pogodnie). Po jakimś czasie do naszych uszu dotarły pierwsze grzmoty – to był już dla nas wystarczający sygnał, że powinniśmy poszukać miejsca, w którym moglibyśmy zejść na brzeg.

Na początku nie chcieliśmy zmoknąć, dlatego zaczęliśmy szukać na brzegu jakiegoś dachu. Niestety, znajdowaliśmy się dokładnie na środku parku narodowego – o żadnej wiacie czy zadaszeniu nie mogło być mowy. Mało tego, brzeg porośnięty był kilkunastometrowym „płaszczem” sitowia, dlatego im bardziej czarne chmury zasłaniały niebo, wiatr się wzmagał, a grzmoty stawały się głośniejsze, tym bardziej stawało się jasne, że będziemy mieli szczęście, jeśli w ogóle uda nam się zejść na brzeg.

Przeczytaj również: O tym, jak z Roxette przejechałem Stany Zjednoczone

Powoli zacząłem panikować. W akcie desperacji próbowaliśmy przebić się przez warstwę sitowia w miejscu, w którym wydawało się ono najcieńsze, jednak już po chwili zaklinowaliśmy się w gęstej roślinności. Wyjście z kajaka i przeciągnięcie go do brzegu było za bardzo ryzykowne; muł był zbyt głęboki, a sitowie – gęste. Ponieważ kajak nie chciał się poruszyć nawet o centymetr w głąb zarośli, postanowiliśmy wrócić z powrotem na jezioro.

Jeśli nie możecie sobie wyobrazić jak wygląda „cisza przed burzą”, mogę wam o niej opowiedzieć w najdrobniejszych szczegółach. Nagle wiatr ucicha, a powierzchnia jeziora staje się gładka jak szkło (nie ma na niej nawet najmniejszej fali). Ptaki przestają śpiewać i zapada grobowa cisza, przerywana jedynie przez grzmoty. Z ostatniej wolnej od chmur części nieba przebijają się zuchwałe promienie słońca, jakby chciały pokazać, że mimo beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znaleźliście, jest gdzieś bezpiecznie i pogodnie.

Czekając z niepokojem na to, co miało nastąpić, nerwowo wiosłowaliśmy z nadzieją, że jednak skądś pojawi się ratunek. Nagle usłyszałem, jak mój towarzysz zaczyna odmawiać „Pod Twoją obronę”. Zacząłem modlić się razem z nim. Już nie pamiętam, dlaczego to zrobiłem. Chyba po prostu uznałem, że nie mam nic do stracenia. I wtedy – wierzcie lub nie – kiedy skończyliśmy modlitwę (dokładnie na słowach „i Twojemu Synowi nas oddawaj”), przed dziobem kajaka pojawił się wąski przesmyk w sitowiu; miał może metr szerokości – dokładnie tyle, żeby wyciągnąć kajak na brzeg. W tym momencie na gładkiej tafli jeziora zaczęły pojawiać się kręgi od uderzeń pierwszych, wyjątkowo wielkich i zimnych kropel deszczu.

W ostatniej chwili wyciągnęliśmy kajak na z wody, weszliśmy do niego i założyliśmy specjalne fartuchy chroniące kajak przed wodą z zewnątrz (choć był to już czwarty spływ w moim życiu i nigdy nie wypożyczałem takich fartuchów, tym razem mój przyjaciel uparł się, by to zrobić). Znajdowaliśmy się w młodym, gęstym lesie, tuż nad brzegiem jeziora.

Przeczytaj również: Na Islandii spotkałem mojego Anioła Stróża

W tym momencie panująca wokół nas cisza została gwałtownie przerwana przez potężne uderzenie wiatru, który zgiął drzewa prawie do samej ziemi. Obejrzałem się. Za nami (byliśmy obróceni tyłem do brzegu) pojawiła się biała ściana wody, która z ogromną siłą i szybkością przetaczała się przez jezioro, wzburzając wysokie fale i zasysając wodę w powietrze. Nie mogło być mowy, żeby kajak znajdujący się w tym momencie w wodzie, utrzymał się na powierzchni. Kilka sekund później spadł ulewny deszcz z gradem; wokół zaczęły uderzać błyskawice, po których natychmiast następowały głośne grzmoty. Znowu zacząłem się modlić (tym razem sam, bo nie słyszałem nic oprócz huku wiatru i szumu fal). O ile nie groziło nam już utopienie się, cały czas mogliśmy zostać porażeni piorunem lub przygnieceni jednym z drzew, które cały czas uginały się od silnych podmuchów wiatru. W tym momencie zrozumiałem, co znaczy „zobaczyć w ciągu kilku sekund całe życie”. Zrobiło się przeraźliwie zimno. Wspomniane kaptury chroniły tylko wnętrze kajaku, nie dając żadnej ochrony nam – byliśmy w podkoszulkach, w dodatku musieliśmy chronić rękami głowy przed gradem, który uderzał w nas z ogromną siłą. Wszytko trwało jakieś czterdzieści minut. Gdy wiatr nieco ucichł, słyszeliśmy tylko oddalająca się burzę i dochodzące z daleka wycie syren.

Choć grzmoty i deszcz towarzyszyły nam jeszcze jakąś godzinę i było przeraźliwie zimno, tak że musieliśmy się grzać kuchenką gazową, nie miałem cienia wątpliwości, że nasze modlitwy zostały wysłuchane.

Kiedy pod koniec dnia szukaliśmy noclegu, widzieliśmy na brzegu wiele złamanych gałęzi i wyrwane z korzeniami drzewo. Okazało się, że była to jedna z największych nawałnic, jakie w ostatnim czasie przeszły przez okolicę. Pewien mężczyzna, który od lat łowi w Wigrach ryby, kiedy dowiedział się, że przed burzą byliśmy na jeziorze, powiedział: „Mieliście naprawdę dużo szczęścia”.

Jednym z moich „ulubionych” grzechów jest pycha. Ale nie ta klasyczna, polegająca na wywyższaniu się i pokazywaniu innym, jak bardzo jestem wspaniały. Moja pycha jest znacznie bardziej podstępna i przebiegła; polega między innymi na pojawiającym się od czasu do czasu braku wiary w to, że Bóg naprawdę mnie kocha i że się mną opiekuje. Kiedy jednak spojrzę w przeszłość, nie potrafię dostrzec ani jednej trudnej sytuacji, z której Pan Bóg by mnie nie wyciągnął. Po kilku tygodniach od burzy nad Wigrami nadal wiem, że moje ocalenie zawdzięczam nie – jak powiedział rybak – szczęściu, ale Bożej opiece i wstawiennictwu Maryi. „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20). Nad Wigrami wystarczyło dwóch.

Zobacz film z mojego spływu Czarną Hańczą:

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl | Zdjęcie główne: Arnaud Mariat / Unsplash

One Comment

  1. Kuba

    Ha!
    Jakbym czytał o swojej historii ze spływu kajakowego Nidą na Ponidziu. Dokładnie te same emocje, te same zjawiska naturalne. Też życie stanęło przed oczami, tylko ja byłem głupi i schowałem się pod pojedynczym drzewem, które nawet przed deszczem mnie nie chroniło. Czytałem wtedy „Władcę Pierścieni”, więc byłem mocno w klimacie walki z wrogami rodem z Mordoru, a ja czułem się jak Frodo 🙂
    Człowiek to czasem głupi jak małe dziecko:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s