G

Gniew zamienionej w górę Indianki

18 maja 1980 roku miała miejsce największa katastrofa wulkaniczna w historii Stanów Zjednoczonych. Jej siła była 20 tys. razy większa od wybuchu pierwszej, zrzuconej na Hiroszimę bomby atomowej. W wyniku eksplozji góra straciła 400 metrów wysokości, a uwolniona do atmosfery chmura popiołu krążyła w ziemskiej atmosferze przez kolejne 2 tygodnie. Oto historia erupcji Mount St. Helens.

Kiedy pierwszy raz w życiu pomyślałem o tym, że chcę polecieć do Stanów, nie koncentrowałem się ani na miastach ani na parkach narodowych. Ze wszystkich amerykańskich wspaniałości najbardziej interesował mnie wulkan, którego erupcję – jeszcze jako dziecko – zobaczyłem w filmie katastroficznym z 1981 roku. Była to najdokładniej sfotografowana, sfilmowana, udokumentowana i prawdopodobnie najbardziej spektakularna spośród znanych katastrof wulkanicznych.

Fabuła „Przebudzenia wulkanu” (pod takim tytułem emitował film 25 lat temu Polsat) to katastroficzna klasyka – najpierw drży ziemia (wstrząsy na początku są słabe – odczuwają je tylko zwierzęta i sejsmografy), na miejsce przybywa wulkanolog, który ma zbadać sytuację; chociaż wszystko wskazuje na zbliżającą się erupcję (ziemia trzęsie się coraz bardziej, a z krateru zaczyna wydobywać się dym), naukowcowi mało kto wierzy. W końcu góra eksploduje. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że ów wulkanolog był postacią prawdziwą (nazywał się David Johnston i rzeczywiście prowadził badania góry), w filmie wykorzystano oryginalne nagrania z erupcji, a klimat budzenia się wulkanu został oddany lepiej, niż w głośnej „Górze Dantego” z 1997 roku. Co ciekawe, „Przebudzenie wulkanu” zostało nakręcone już rok po wybuchu. Śledząc historię erupcji St. Helens (tak również brzmi oryginalny tytuł filmu), ani trochę nie dziwię się twórcom. To, co wydarzyło się w maju 1980 roku było jedynym w swoim rodzaju widowiskiem. I zasługiwało na film.

St. Helens to jeden z wulkanicznych szczytów leżących na linii pacyficznego pierścienia ognia – aktywnej sejsmicznie strefy okalającej Pacyfik.

Wulkan St. Helens jest często błędnie nazywany górą św. Heleny; choć nazwa ta pośrednio nawiązuje do świętej Kościoła, w rzeczywistości odnosi się do leżącego w Oregonie miasta o tej samej nazwie. Górę „ochrzcił” tak George Vancouver – brytyjski podróżnik i odkrywca, ten sam na którego cześć nazwano miasto w południowo-zachodniej Kanadzie i leżącą obok niego wyspę. Inne zdanie na temat nazwy wulkanu mają Indianie z plemienia Klickitat. Ich legenda mówi o bitwie dwóch synów wodza bogów, którzy pokłócili się o serce pięknej księżniczki. Walczyli tak zawzięcie, że zniszczyli całą okoliczną krainę; zdewastowali wsie i lasy, a ich bitwie towarzyszyło potężne trzęsienie ziemi. Ojciec za karę powalił synów, zamieniając ich w góry. Pierwszy, z dumnie uniesioną głową, stał się wulkanem o nazwie Wy’east (Mount Hood), drugi – upadając – pochylił głowę w kierunku ukochanej, zamieniając się w wulkan Pahto (Mount Adams). Z kolei Indianka przeobraziła się w Louwala-Clough czyli „Dymiącą górę” (St. Helens).

St. Helens przed wybuchem w 1980 roku była ideałem wulkanicznego piękna | fot. Domena publiczna
Pod wulkanem kwitło życie; lasy były pełne zwierząt, a nad przejrzystymi jeziorami odpoczywali turyści | fot. Domena publiczna

Z geologicznego punktu widzenia St. Helens to jeden z wulkanicznych szczytów leżących na linii pacyficznego pierścienia ognia – aktywnej sejsmicznie strefy okalającej Pacyfik (biegnie ona od Nowej Zelandii przez Indonezję i Japonię aż po wschodnie wybrzeża obydwu Ameryk). Jest to miejsce, w którym płyta oceaniczna wciska się pod kontynentalną, „zaburzając” geologiczną równowagę regionu. Dosłownie. Na linii pacyficznego pierścienia ognia ziemia trzęsie się praktycznie bez przerwy, a wulkany wyrastają jak grzyby po deszczu. Obszar ten nazywany jest również strefą subdukcji (to odwrotność strefy spreadingu, o której pisałem w artykule o Islandii). Inne znane góry leżące na linii pacyficznego pierścienia ognia to m. in. Fuji w Japonii, Krakatau między Sumatrą i Jawą oraz Mt Rainier w Górach Kaskadowych. Spośród nich najwięcej zamieszania zrobił Krakatau, którego dwie potężne erupcje – pierwsza w V lub VI wieku, druga w 1883 roku – odczuwalne były na całej planecie. Żadna z nich nie została jednak sfotografowana, sfilmowana i udokumentowana tak dokładnie jak erupcja St. Helens.

Wybuch dosłownie rozsadził górę. Według informacji podanych na stronie United States Geological Survey (amerykańskiej agencji naukowo-badawczej zajmującej się problemami z zakresu biologii, geografii, geologii i hydrologii) wulkan w czasie erupcji stracił 400 metrów wysokości. To naprawdę dużo (dla porównania wysokość wieży Eiffla wynosi 314 metrów). Przed wybuchem St. Helens był piątym pod względem wysokości szczytem w stanie Waszyngton i – podobnie jak Mt Rainier – wyróżniał się imponującą kopułą ze skał, lodu i śniegu. Wznosiła się ona 1524 metry nad podstawą, gdzie łączyła się z sąsiednimi grzbietami. W czasie erupcji stożek wulkanu stracił ponad 2,5 tys. metrów sześciennych skał, a chmura popiołów wulkanicznych wzniosła się na wysokość 18 kilometrów. Najbardziej niezwykłe w eksplozji St. Helens było jednak to, że trwała tylko kilka sekund (mam na myśli rozerwanie zbocza). Aby to sobie wyobrazić, trzeba prześledzić procesy, które zachodziły we wnętrzu góry przed wybuchem.

Eksplozja St. Helens była 20 tys. razy silniejsza od wybuchu pierwszej, zrzuconej na Hiroszimę bomby atomowej.

W ciągu dwóch miesięcy poprzedzających wybuch w geometrii wulkanu nastąpiły zauważalne nawet gołym okiem zmiany – na północnym stoku pojawiło się wybrzuszenie, któremu towarzyszyły liczne, mniej lub bardziej odczuwalne trzęsienia ziemi. Zmieniający się kształt góry świadczył o procesach zachodzących w jej wnętrzu; zgromadzona w ognisku pod wulkanem magma torowała sobie drogę ku powierzchni, „ściskając” gromadzący się wraz z nią materiał piroklastyczny (gazy i popioły), którego wydostanie się na powierzchnię uniemożliwiał ciężar skał w „zatkanym” kominie wulkanu. Kanały w północnej części góry były najbardziej drożne, dlatego gromadząca się w nich magma zaczęła stopniowo podnosić skały, powodując wybrzuszanie się zbocza. Można sobie wyobrazić potężne ciśnienie, jakie temu towarzyszyło.

Chmura gazów i popiołów wzniosła się na wysokość 18 kilometrów | fot. Domena publiczna

18 maja 1980 roku o godzinie 7:32 nastąpiła eksplozja, której siła była 20 tys. razy większa od wybuchu pierwszej, zrzuconej na Hiroszimę bomby atomowej. Panujące wewnątrz góry ciśnienie w ułamku sekundy „upłynniło” północne zbocze góry, powodując największe zarejestrowane w historii ludzkości osuwisko. Uwolniło ono chmurę piroklastyczną, która rozerwała resztki zbocza, wydostając się do atmosfery. Chmura ta pochłonęła okoliczne lasy i rozprzestrzeniła się na olbrzymie obszary (USGS podaje, że drobny popiół został wykryty przez systemy używane do monitorowania zanieczyszczenia powietrza w kilku miastach północno-wschodnich Stanów Zjednoczonych) i krążyła w ziemskiej atmosferze przez kolejne 2 tygodnie. Wybuchowi towarzyszyły wyładowania elektryczne od zderzających się skał oraz powodzie wywołane olbrzymią ilością wody, uwolnionej z zamarzniętej kopuły lodowej.

Chociaż była to największa katastrofa wulkaniczna w historii Stanów Zjednoczonych, zabiła jedynie 57 osób (przed erupcją ewakuowano znaczną część ludności). Jedną z osób, które w czasie wybuchu straciły życie był Gerry Martin, wolontariusz i krótkofalowiec, patrolujący okolicę. Zanim zginął, powiedział przez radio:

Panowie, kamper i samochód znajdujące się na południe ode mnie, są już zasypane. Mnie też dopadnie.

GERRY MARTIN, KRÓTKOFALOWIEC

St. Helens odwiedziłem 15 lipca 2018 roku. Chociaż życie powoli wraca na zbocza wulkanu, zniszczony krajobraz wciąż przygnębia; już wiele kilometrów od wulkanu – zamiast bujnych iglastych lasów, gęsto porastających Góry Kaskadowe – z ziemi sterczały połamane kikuty. Im bliżej góry, tym większy był ogrom zniszczeń. Wokół wulkanu nie było lasów, a zamiast srebrzystych jezior i strumieni, których kiedyś było w okolicy mnóstwo, krajobraz przecinały głębokie, popowodziowe jary (w pozbawionym drzew, zerodowałym terenie, woda szybko toruje sobie drogę).

Nie przywykłem do oglądania gór „od środka”. Pewnie dlatego tak wielkie wrażenie zrobił na mnie ów widok | fot. Piotr Kosiarski

Przede mną stała „Dymiąca góra”, Indianka z legendy, która jeszcze nie zdążyła ochłonąć z gniewu na dwóch kochanków za to, że pozwolili zamienić siebie i ją w góry. Zamiast stożka otulonego lasami i śniegiem, w odległości kilku kilometrów ode mnie, stała rozerwana niewyobrażalną siłą góra, której otwarte gardło złowrogo spoglądało na okolicę. Wewnątrz kaldery znajdował się młody stożek, powstały w wyniku mniejszej erupcji w 2008 roku; sterczał niczym olbrzymi, nabrzmiały migdał.

Nie przywykłem do oglądania gór „od środka”. Pewnie dlatego tak wielkie wrażenie zrobił na mnie ów widok. Miałem w głowie mnóstwo myśli. Wyobrażałem sobie tę okolicę przed eksplozją, prawie widziałem przechadzające się między drzewami zwierzęta i obozujących nad strumieniami ludzi. Zastanowiłem się, dlaczego 57 nieszczęśników wybrało śmierć w chmurze popiołu i trujących gazów, zamiast ewakuować się, kiedy jeszcze było to możliwe. Podobno byli to głównie samotnicy i drwale, przebywający w okolicznych lasach. Nie chciałbym być na ich miejscu w chwili wybuchu. Ale gdybym był, zobaczyłbym najbardziej dramatyczne widowisko, jaki może oglądać człowiek. Wszystko w promieniu wielu kilometrów zostało zrównane z ziemią – nie ma w tym żadnej przesady. Niezwykłe, że nawet po pół wieku, przyroda nie zdążyła się tu odrodzić. Tylko kwiaty i samosiejki drzew między suchymi pniami przypominają o tym, że być może kiedyś powróci tu górska puszcza.

Niewiele jest miejsc, w których refleksja nad tym, co było, jest i będzie przychodzi równie łatwo. Jedno jest pewne. St. Helens, podobnie jak wiele innych wulkanów, zasługuje na respekt. Wybuch tej góry okazał się ważną lekcją dla wszystkich, którzy lekceważą potęgę natury.

Wczesnym rankiem 18 maja 1980 roku David Johnston rozpoczął badania w punkcie obserwacyjnym oddalonym 10 km od góry, dokładnie naprzeciwko północnej ściany. Był skrupulatnym i utalentowanym naukowcem; polegał na swojej wiedzy. Wiedział, że wybuch to kwestia czasu, ale mimo to postanowił zostać na posterunku i ostrzec przed erupcją. Był pierwszym, który ją zgłosił. Ostatnie słowa Johnstona, które o 7:32 wypowiedział przez radio, brzmiały:

Vancouver! Vancouver! To jest to!

David Johnston, wulkanolog

Kilka sekund później już nie żył. Pomimo dokładnych poszukiwań, nigdy nie odnaleziono jego ciała. Chociaż erupcja St. Helens była jedną z pierwszych, dokładnie zbadanych katastrof wulkanicznych na świecie, nie udało się wyeliminować newralgicznego czynnika – zaskoczenia.

Wulkany, chociaż zabijają, są niezwykle piękne. I pociągają. Mają w sobie ten sam magnetyzm, który przyciąga himalaistów, zdobywających najwyższe góry świata. Wspinacze wiedzą, że śmierć czeka tuż obok, a mimo to pozwalają jej wyciągać do nich rękę. Polegają na swoich umiejętnościach. W przypadku Johnstona umiejętności nie miały nic do rzeczy; zaskoczył go najbardziej śmiercionośny i potężny żywioł, jaki występuje na naszej plancie. Wulkan St. Helens obecnie jest spokojny – tylko od czasu do czasu daje o sobie znać wstrząsami i wydobywającym się z jego rozerwanego wnętrza dymem. Kiedy nastąpi kolejna erupcja, nie wiadomo. Ale z dużym prawdopodobieństwem zaskoczy również nas.

Zdjęcie główne: Domena publiczna

CategoriesPodróże
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

  1. Bardzo ciekawy tekst i dobrze napisany, przyjemnie się czyta. Wulkany mnie pociagają. Nie zapomne tego uczucia gdy stałam na Bromo i zerkałam do wnetrza ziemi, a stamtąd dochodziło ciche burczenie. Magia.

  2. Lubię Twoją narrację, po raz kolejny to mówię! Takiej lekkiej filozofii i twórczego pisania: 1) nie tylko pod SEO, 2) bez nic nieznaczącego słowotoku i z mało bogatym słownikiem trochę zabrakło w ostatnich latach w blogosferze 🙂 Ciepłe pozdrowienia!

  3. Wspaniały wpis. Strasznie dobrze mi się czyta, to co i jak piszesz 🙂 Nigdy nie interesowały mnie wulkany (choć na kilka z nich w swoim życiu weszłam) ale opis tej katastrofy naprawdę wciąga!

  4. Niezwykła historia. Uwielbiam wulkany i zawsze je zdobywam gdy jest okazja! Swoją drogą, kiedyś faktycznie to była piękna góra – teraz jakoś tak mizernie wygląda. Według przepowiedni, w tym roku też ma gruchnąć jakiś wielki wulkan – może narodzi się kolejna ciekawa historia… Wszystko jest możliwe. Wulkany tylko czekają na swój czas…

  5. Wojtek says:

    Czytając czułem się jakbym cofnął się w czasie tak z 25 lat kiedy to miałem OLBRZYMIĄ zajawkę na wulkany i katastrofy w ogóle. Czytało się wtedy o Św. Helenie sporo. Fajnie, dość plastycznie pokazałeś piękno obok zniszczenia.

Comments are closed.