Kobiety, którymi nikt się nie interesuje

Regularnie dochodzi tam do gwałtów i morderstw kobiet. Ofiar nikt nie szuka, nie prowadzi się statystyk. To nie kraje trzeciego świata, ale jedne z najbogatszych państw Zachodu.

Fot. Daria Litvinova / Unsplash

 

W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie znanych jest wiele przypadków tajemniczych zniknięć indiańskich kobiet. Ich ciała znajdowane są po wielu miesiącach – najczęściej przypadkiem – ze śladami gwałtów i pobić.

Najgorsza sytuacja panuje na tzw. Autostradzie Łez, biegnącej przez pustkowia Kanady drodze nr 16, na której regularnie dochodzi do porwań (stąd nazwa). Ofiary często pochodzą z biednych, indiańskich rodzin; najczęściej są to młode kobiety, które chcą wydostać się z pogrążonych w ubóstwie i bezrobociu miejscowości do większych miast. Na odludnych obszarach autostop jest jedynym tanim środkiem transportu, niestety – w wielu przypadkach śmiertelnie niebezpiecznym.

Jednak nie tylko kanadyjscy Indianie znajdują się w trudnej sytuacji. W niektórych indiańskich rezerwatach w Stanach Zjednoczonych średnia długość życia wynosi zaledwie 49 lat, a stopa bezrobocia – więcej niż 80 procent. Tam również są zabijane indiańskie kobiety; ile dokładnie ich znika każdego roku, nie wiadomo.

Jak to możliwe, że dwa najbogatsze kraje zachodniego świata, wciąż wymagające od obywateli biedniejszych państw wiz, zmagają się z czymś tak przerażającym? Skąd w Kanadzie i USA wzięły się obszary ogarnięte ubóstwem i bezrobociem?

Bez nadziei na lepsze jutro

W Ameryce Północnej znajduje się prawie tysiąc indiańskich rezerwatów; charakteryzują się biedą, występowaniem problemów społecznych i niedoinwestowaniem.

Historia rezerwatów jest równie długa jak dzieje kolonializmu i osiedlania się na tych terenach białego człowieka; niemal od samego początku eksploatowania ziem leżących na obecnych obszarach USA i Kanady najmniej atrakcyjne tereny przeznaczano dla Indian. Były to ziemie niemal całkowicie bezużyteczne. Ich granice, choć miały być niezmienne, wielokrotnie ulegały zacieśnianiu, szczególnie gdy odkrywano na nich złoża cennych surowców.

Z biegiem lat sytuacja niewiele się zmieniała. Stworzone przez Europejczyków mocarstwa przeznaczały na rozwój rezerwatów znacznie mniejsze kwoty niż na pozostałe tereny; w efekcie powstało wiele małych, rządzonych przez starszyzny ocalałych plemion państewek – biednych, zacofanych, bez nadziei na lepsze jutro. W wielu miejscach taki stan trwa do dziś.

Rządy USA i Kanady, nawet jeśli starają się zmniejszyć różnice między rezerwatami a obszarami rozwiniętymi, nie są w stanie usunąć szkód, jakie wyrządzono na przestrzeni dwóch wieków kształtowania się mapy politycznej Ameryki Północnej. Jedno jest pewne – przybycie Europejczyków na ten kontynent wiązało się z ogromnym cierpieniem niewinnych, a za dobrobyt i potęgę Zachód zapłacił naprawdę wysoką cenę.

Dlaczego indiańskich kobiet się nie szuka?

W 2015 roku Barack Obama przywrócił pierwotną nazwę najwyższej górze Ameryki Północnej. Szczyt, opisywany do tej pory w encyklopediach jako McKinley, znowu zaczął być nazywany Denali. Jednak zmiana nazwy – poza tym, że była ukłonem w stronę rdzennych mieszkańców – niewiele zmieniła w ich życiu. Bardzo łatwo znaleźć dowód na to, że amerykańscy Indianie do dziś traktowani są jak obywatele drugiej kategorii.

Indiańskie kobiety nie tylko giną w tajemniczych okolicznościach; tak naprawdę rzadko kiedy ktoś ich w ogóle szuka! Według rodzin ofiar policja nie chce zajmować się śledztwami. Czy chodzi o rasizm? Niestety wiele wskazuje na to, że tak.

Autostrada Łez stała się symbolem nie tylko przemocy względem rdzennych mieszkańców, ale również ich systemowego, nierównego traktowania. Marsze organizowane przez rodziny zaginionych kobiet mówią w tej sprawie bardzo wiele.

Myśliwy i agentka FBI

W roku 2017 na ekrany kin trafił film „Wind River”. To jedyna wysokobudżetowa produkcja poruszająca problem zaginięć i morderstw dokonywanych na indiańskich kobietach. Biorąc pod uwagę historię, o której opowiada, to wciąż nowość, mimo upływu prawie 2 lat od premiery.

W „WR” myśliwy Cory Lambert (Jeremy Renner) pomaga młodej funkcjonariuszce FBI (Elizabeth Olsen) rozwiązać sprawę brutalnego morderstwa młodej Indianki. Jej ciało znaleziono pośrodku rezerwatu, kilkanaście kilometrów od najbliższych zabudowań. Chociaż było bardzo zimno i padał śnieg, ofiara została znaleziona bez butów, w samej koszuli i kurtce – zanim zamarzła, przez długi czas biegła boso, a kilka godzin wcześniej została zgwałcona. Ponieważ jest to morderstwo, w śledztwo musi zostać zaangażowane FBI, które – zamiast wysłać na miejsce doświadczonego funkcjonariusza – do samego serca indiańskiego rezerwatu posyła młodą agentkę, bo „akurat była najbliżej”. Dziewczyna przyjeżdża całkowicie nieprzygotowana, bez kurtki i zimowych butów. Doskonale pokazuje to nieudolność systemu, który w przypadku właśnie tego śledztwa nie robi nic, co wykraczałoby poza procedury. Gdyby nie determinacja agentki Banner i pomoc Lamberta, który znał ofiarę i darzy przyjaźnią jej ojca, śledztwo nigdy nie ruszyłoby z miejsca.

„WR” to nie tylko wciągający thriller. To również prawdziwy i poruszający obraz rzeczywistości, jaka panuje wewnątrz indiańskiego rezerwatu. Brak infrastruktury, młodzi ludzie odurzeni narkotykami i bezradność starszych… Kto chciałby żyć w takim miejscu?

Najbardziej dołująca jest jednak informacja, jaką możemy przeczytać przed napisami końcowymi:

„Statystyki zaginionych prowadzi się dla każdej grupy demograficznej. Wyjątek stanowią indiańskie kobiety. Nikt dokładnie nie wie, ile z nich zaginęło”.

Jedyny uśmiech w indiańskim miasteczku

W lipcu razem z bratem podróżowaliśmy samochodem przez Stany Zjednoczone. Na amerykańskich pustkowiach rzadko spotyka się duże miasta, a na długich, prostych odcinkach autostrad znajdują się najczęściej jedynie małe miejscowości. W jednej z nich zatrzymaliśmy się, by zrobić zakupy i zatankować paliwo.

Szybko okazało się, że trafiliśmy do miasteczka zamieszkanego przez Indian. Chociaż ulice były niemal puste, udało nam się zobaczyć kilku przechodniów. Szli w milczeniu; byli smutni, podobnie jak para dwudziestokilkulatków pracujących w Subwayu. Wychodząc z restauracji, zobaczyliśmy przyklejone na drzwiach zdjęcie uśmiechniętej, młodej Indianki. Prawdopodobnie był to jedyny uśmiech, jaki widzieliśmy w ciągu ostatniej godziny. Pod zdjęciem widniał duży napis: „ZAGINIONA”.

Czterech prezydentów i Szalony Koń

Od kilku lat niedaleko Mount Rushmore – wykutych w skale głów czterech prezydentów – powstaje jeszcze jeden olbrzymi monument. Został on zaprojektowany przez Korczaka Ziółkowskiego, rzeźbiarza polskiego pochodzenia. Chociaż jest jeszcze w budowie i tak robi wrażenie. Nie przedstawia on jednak białego człowieka, ale… Szalonego Konia, legendarnego indiańskiego wodza, który w obronie swojej ziemi stanął do walki w bitwie nad Little Bighorn.

Wspaniale, że obok jednego z najważniejszych miejsc dla Amerykanów powstaje pomnik zwycięskiego wodza Indian. Wydaje się jednak, że dzieje się to o kilkadziesiąt lat za późno. Poza tym wykuty w skale monument, podobnie jak zmiana nazwy McKinley na Denali, niewiele wniesie do życia rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Konieczne jest podjęcie działań w bardziej ludzkim wymiarze; zamiast przedrukowywać atlasy geograficzne i zmieniać kształt kolejnej góry, wystarczy podejść z większą troską do takich spraw jak pomoc rodzinom zamordowanych kobiet i prowadzenie rzetelnych śledztw.

Gdy Europejczycy przybyli do Ameryki, odebrali jej rdzennym mieszkańcom to, co mięli najcenniejszego – ziemię, a wraz z nią sens życia, kulturę i tożsamość. Najwyższa pora te błędy naprawić.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s