P

Pociągiem przez Góry Skaliste. Kanadyjska Kolej Pacyficzna

To jedna z najdłuższych i najpiękniejszych linii kolejowych świata. Poprowadzona od Atlantyku po Pacyfik, zaskakuje zmiennością i różnorodnością krajobrazów, inżynieryjnym rozmachem i romantyzmem, którego próżno szukać w innych pociągach. Linii tej nie są straszne dzikie prerie, mokradła i czterotysięczniki, a przemierzający ją pociąg – choć ma już pół wieku – wciąż zachwyca i przypomina o złotej epoce kolei. Przeczytaj reportaż z mojej podróży Koleją Transkanadyjską.

Szczyty Gór Skalistych świeciły odbitym blaskiem wschodzącego słońca, wyraźnie odcinając się od porannego nieba. Na prostym odcinku torów znikających kilka kilometrów dalej w głębi gór, stał przypominający srebrny pocisk Canadian; wyglądało na to, że pociąg w końcu wjechał w dobrą pogodę, zostawiając na wschodzie wieczorne chmury i deszcz. Siedziałem owinięty w koc przy oknie kopuły widokowej, obserwując, jak świat budzi się do życia. W wagonach klasy ekonomicznej większość pasażerów jeszcze spała. W miarę jak robiło się jasno, na pobliskiej szosie gasły światła wielkich ciężarówek, a pomarańczowy blask spływał z wierzchołków gór na pokryte lasami zbocza; po nocnej jeździe przez prerie i kilkunastogodzinnym opóźnieniu taki obrót spraw był jak zapowiedź wspaniałej przygody.

Transkontynentalny pociąg zaprojektowano w czasach złotej ery kolejnictwa i wyposażono w wiele udogodnień.

Kolejowa podróż przez Kanadę była moim marzeniem od szóstego roku życia, kiedy dostałem od rodziców przewodnik po trzydziestu najpiękniejszych trasach kolejowych świata. Robin Neillands, brytyjski pisarz i podróżnik, opisał w nim liczący 4467 kilometrów szlak przecinający Kanadę – od Toronto nad Wielkimi Jeziorami do Vancouver na wybrzeżu Pacyfiku. Jeżdżący nim transkontynentalny pociąg zaprojektowano w czasach złotej ery kolejnictwa – na długo przed tym, jak transport lotniczy stał się popularny – i wyposażono w wiele udogodnień. Wagony sypialne i restauracyjne oraz specjalne przedziały klubowe z charakterystycznymi kopułami widokowymi stały się symbolami klasy i prestiżu, a kilkudniowa podróż przez Amerykę – synonimem romantycznej przygody. Wykonane w całości ze stali nierdzewnej poszycie pociągu niemal jednoznacznie przywoływało skojarzenie ze „srebrnym pociskiem” i pachniało nowoczesnością. Chociaż z powodu cięć budżetowych pod koniec lat osiemdziesiątych z Canadiana zrezygnowano, dekadę później powrócił on do służby, zmodernizowany i odnowiony. Ten niezwykły pociąg był świadkiem zmieniającego się świata i sposobu podróżowania. Neillands, który pierwszy raz podróżował Canadianem w latach sześćdziesiątych, rzadko mógł wziąć głęboki oddech, ze względu na opary alkoholu wydobywające się z ust traperów. Mężczyzna szczególnie wspominał drwala, który kroił chleb piłą łańcuchową i gdy pewnego dnia uszkodził blat stołu, został wyrzucony z pociągu. Trzydzieści lat później Neillands powrócił na pokład Canadiana i jeszcze raz przejechał nim Amerykę. Czy transkontynentalna podróż zachowała w sobie pierwiastek przygody? Neillands twierdził, że tak, a ja – czytając jego relację – marzyłem o tym, by kiedyś na własnej skórze poczuć klimat podróży legendarnym pociągiem. W lipcu 2018 roku moje marzenie się spełniło.

Czytaj również: Kolej Pacyficzna i muzyczny wehikuł czasu

Chociaż pokonanie całej trasy zajmuje cztery dni, moja podróż miała trwać dobę i ograniczać się do przeprawy przez Góry Skaliste. Według rozkładu Canadian odjeżdżał o 7:37 z Edmonton w Albercie, by rankiem następnego dnia dotrzeć do położonego w Kolumbii Brytyjskiej Vancouver. Pierwsza wiadomość o opóźnieniu dotarła do mnie w dzień odjazdu 10 lipca, około czwartej rano; przedsiębiorstwo VIA Rail w mailu przeprosiło i poinformowało o dwóch godzinach opóźnienia. Pamiętam swoje zdziwienie. „Kolej może jeździć niepunktualnie w Polsce, ale nie w Kanadzie”. Była to zła wiadomość; rosnące opóźnienie oznaczało, że słońce zajdzie, zanim pociąg dojedzie do najważniejszej części trasy. Kilka godzin później leżałem w hamaku rozpiętym nad peronem stacji, z której miał odjechać pociąg, i z rosnącym rozczarowaniem przyjmowałem kolejne informacje o opóźnieniu. Z dwóch godzin zrobiło się osiem, z ośmiu – dwanaście. Powoli żegnałem się z perspektywą oglądania Gór Skalistych. Znajdująca się na przedmieściach parterowa stacja z lat dziewięćdziesiątych nie miała nic wspólnego z klimatem międzykontynentalnej podróży i – podobnie jak zbierające się na niebie deszczowe chmury – przygnębiała. Mając dużo wolnego czasu i sieć wi-fi, poczytałem trochę o historii.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku prowincje wchodzące w skład brytyjskiego dominium w Ameryce Północnej uzależniły swoje zjednoczenie od budowy magistrali kolejowej biegnącej równoleżnikowo z jednego końca kontynentu na drugi.

Budowa Kolei Kanadyjskiej miała olbrzymi wpływ na rozwój i obecny kształt kraju; można nawet powiedzieć, że bez niej współczesna Kanada by nie istniała. W latach osiemdziesiątych XIX wieku prowincje wchodzące w skład brytyjskiego dominium w Ameryce Północnej uzależniły swoje zjednoczenie od budowy magistrali kolejowej biegnącej równoleżnikowo z jednego końca kontynentu na drugi. Władze kraju, świadome trudności związanych z budową linii kolejowej o długości czterech i pół tysiąca kilometrów, pokonującej dzikie prerie i naturalną barierę w postaci Gór Skalistych, podjęły decyzję o rozpoczęciu prac i w 1881 roku powołały do życia przedsiębiorstwo The Canadian Pacific Railway Company (CPR), które w niecałe pięć lat połączyło szlakiem kolejowym dwa krańce kontynentu. 7 listopada 1885 roku niedaleko przełęczy Eagle Pass wbito ostatni gwóźdź, oficjalnie kończący budowę Kolei Transkanadyjskiej.

Donald A. Smith wbija ostatni gwóźdź, kończąc budowę Kolei Transkanadyjskiej | fot. domena publiczna

Canadian przyjechał na stację dopiero przed 20:00. Byłem rozczarowany spóźnieniem i niekończącym się czekaniem, a mimo to z napięciem obserwowałem, jak ciągnięte przez dwie potężne lokomotywy z silnikami Diesla wagony powoli przetaczały się przez stację. Pociąg był długi; miał ponad dwadzieścia wagonów i składał się z trzech, różniących się standardem „segmentów”. Podróżni wchodzili do nich w pośpiechu, moknąc w wieczornym deszczu. Gdy tylko znalazłem się w wagonie, natychmiast zapomniałem o złej pogodzie i spóźnieniu, kupiłem gorącą kawę i zająłem miejsce w kopule widokowej. Pociąg ruszył, zostawiając Edmonton, a ja zacząłem cieszyć się podróżą.

Kopuła widokowa to wizytówka transkontynentalnych pociągów, przemierzających Amerykę Północną | fot. Piotr Kosiarski

Po dwóch godzinach deszcz przestał padać, a zza chmur wyszło zachodzące słońce, odbijające się w mijanych przez pociąg jeziorach i rzekach. Poszedłem spać dopiero po północy. Byłem pewien, że po przebudzeniu – w najlepszym wypadku – pociąg będzie mijał ostatnie wzniesienia Gór Skalistych. Stało się inaczej – siedząc następnego ranka w kopule widokowej i patrząc na budzącą się przyrodę, dziękowałem Bogu za to, że Canadian nie jeździ punktualnie. Gdy pociąg w końcu ruszył, natychmiast zanurzył się w góry, a kopuła widokowa wypełniła się podróżnymi – podobnie jak ja – zaskoczonymi widokami, które zaczęły się pojawiać za oknami.

Jechaliśmy wzdłuż rzeki Athabasca, co chwilę mijając jezioro lub oświetlony porannym słońcem szczyt. Gór Skalistych nie sposób pomylić z żadnym innym masywem. Odsłonięte, ułożone najczęściej w jednej płaszczyźnie warstwy skały nadają tym górom charakterystycznego, północnoamerykańskiego charakteru. Pociąg jechał dnem rozległej doliny, pokonując rozwieszone nad rzeką mosty, wjeżdżał na podjazdy i trawersował górskie zbocza. Wykute w skałach przejazdy i nasypy świadczyły o ogromie pracy, którą włożono, aby przeprowadzić przez Góry Skaliste linię kolejową. Co jakiś czas mijaliśmy pociągi towarowe jadące równoległym torem w głąb kontynentu.

Około 7:00 rano dojechaliśmy do Jasper, kanadyjskiego kurortu w sercu Gór Skalistych. To maleńkie miasteczko z zabytkową (jak na północnoamerykańskie warunki) zabudową otoczone jest ze wszystkich stron górami parku narodowego o tej samej nazwie i stanowi raj dla narciarzy, wędkarzy oraz turystów. Spacerując wzdłuż torów, zobaczyłem stojącą obok starą lokomotywę parową z cowcatcherem, charakterystycznym zderzakiem w kształcie litery V, znanym bardzo dobrze z filmów o Dzikim Zachodzie. Patrząc na nią, wyobraziłem sobie, jak ogromny parowóz, plując sadzą i dymem, przeprowadza przez góry pociąg podobny do tego, którym właśnie jechałem. Dzisiaj wagonów nie ciągną już parowozy, ale lokomotywy z silnikami Diesla. Podobno w krajach tak wielkich i bogatych w surowce jak Stany Zjednoczone i Kanada dbanie o ochronę środowiska nie jest priorytetem; to tłumaczyłoby, dlaczego większość linii kolejowych w Ameryce Północnej do dzisiaj nie została zelektryfikowana, a silniki na ropę stanowią powszechny napęd zarówno na autostradach, jak i na szlakach kolejowych. Gdy pracownicy kolei skończyli usuwać z okien i reflektorów lokomotyw martwe owady, konduktorzy dali sygnał do odjazdu. Wchodząc do pociągu, trząsłem się z zimna, bo temperatura na zewnątrz wynosiła zaledwie kilka stopni powyżej zera.

Pociąg przejeżdżający pod Mount Robson wygląda jak zabawka; na całej trasie trudno szukać drugiego miejsca, w którym człowiek czułby się równie mały i przytłoczony potęgą natury.

Canadian szybko zostawił Jasper za sobą i zaczął wspinaczkę na przełęcz Yellowhead. Z każdą chwilą trasa stawała się coraz bardziej dzika i malownicza. Wokół roztaczały się widoki na srebrzyste jeziora i malownicze szczyty górskie. Podniecenie rosło, gdy pociąg mijał most przerzucony nad przepaścią lub spadający obok torów wodospad. Wkrótce naszym oczom ukazały się ośnieżone szczyty, a wśród nich górujący nad okolicą, mierzący 3954 metrów n.p.m. Mount Robson. Jego potężny masyw to najwyższe wzniesienie w kanadyjskiej części Gór Skalistych. Zbudowany ze skał osadowych, ośnieżony masyw wybija się nad otaczający teren aż o trzy kilometry. Przejeżdżający pod nim pociąg wygląda jak zabawka; na całej trasie trudno szukać drugiego miejsca, w którym człowiek czułby się równie mały i przytłoczony potęgą natury.

Canadian przejeżdżający pod Mount Robson wygląda jak zabawka | fot. Piotr Kosiarski

W okolicy Mount Robson mój zegarek przeskoczył o godzinę do tyłu; oznaczało to, że pociąg pokonał strefę czasową i granicę Kolumbii Brytyjskiej, ostatniej kanadyjskiej prowincji w drodze nad Pacyfik – jak się później okazało – przyrodniczo całkowicie różniącej się od Alberty.

Po kilku godzinach jazdy Canadian znalazł się na otoczonej górami wyżynie. Miejsce jezior i ośnieżonych szczytów zajęły suche wzgórza i spalone słońcem doliny. Pociąg wjechał w przedostatni etap podróży, którego celem było leżące pośrodku surowego pustkowia miasteczko Kamloops. Gdy zatrzymaliśmy się na niewielkiej stacji, a przez otwarte drzwi do wnętrza pociągu wlał się żar, poczułem zaskoczenie – jeszcze kilka godzin wcześniej powietrze było bardzo zimne. Otaczający miasto krajobraz zawdzięcza swoją surowość położeniu między dwiema odnogami Gór Skalistych. Pierwsza z nich – zachodnia – odcina okolicę od wilgotnego powietrza znad Pacyfiku, druga – wschodnia – z głębi kontynentu. Obserwując porastające wzniesienia nieliczne lasy oraz ich zupełny brak w dolinach, można było odnieść wrażenie, że drzewa walczą o dostęp do wilgoci, która w wyższych partiach terenu jest większa.

Podróż pociągiem stwarza możliwości, o jakich można zapomnieć w innych środkach lokomocji – przebywając na ograniczonej powierzchni trzech wagonów razem z kilkudziesięcioma współpasażerami, a także spotykając ich w czasie postojów, po prostu nie da się nie nawiązać z nimi kontaktu. Przerwa w Kamloops była więc jedną z wielu okazji do zacieśnienia międzynarodowych znajomości. W czasie podróży udało mi się poznać turystów z Chin, Australii i Brazylii, a także mieszkającego w Toronto Hindusa, który postanowił pokazać rodzinie piękno Kanady. Poza postojami idealnym miejscem do rozmów była kopuła widokowa, w której zbierało się najwięcej podróżnych, szczególnie gdy pociąg mijał jakieś interesujące miejsce. Podobnie było w znajdującej się w tym samym wagonie salonce, w której grano w karty, pito piwo i olbrzymie ilości przelewowej kawy. Inna atmosfera panowała w bezprzedziałowych wagonach z miejscami do siedzenia; cisza i przysłonięte okna sprzyjały drzemce lub lekturze, a ilość przestrzeni – nawet w klasie ekonomicznej – pozwalała zamienić fotel w wygodną kanapę. O drzemce nie mogło być jednak mowy, bo – jak się wkrótce okazało – najlepsze było przed nami.

Niemal każde spojrzenie na płynącą w dole rzekę kończyło się gęsią skórką, zawrotami głowy, ale również niewypowiedzianym zachwytem. Kopuła widokowa pękała w szwach, a rozmowy podekscytowanych pasażerów mieszały się z setkami kliknięć migawek w aparatach fotograficznych.

Linia kolejowa skręca w Kamloops ostro na zachód, prowadząc najpierw wzdłuż rozległego jeziora o tej samej nazwie, a następnie rzeki Thompson, której zielonkawe wody rozlewają się łagodnie wśród suchego krajobrazu. Ta z pozoru spokojna rzeka szybko pokazuje drugie oblicze, zamieniając się w rwącą strugę, płynącą dnem głębokiego kanionu. Ponieważ mieliśmy opóźnienie, załoga Canadiana zaoferowała w ramach przeprosin obiad. Nie była to jednak jedyna korzyść wynikająca z opóźnienia; gdyby pociąg jechał zgodnie z rozkładem, drogę w kanionie Thompson mijalibyśmy po ciemku. Byłaby to wielka strata, ponieważ Canadian pokonuje w tym miejscu stromy i trudno dostępny teren; pociąg trawersuje wąwóz, mając po jednej stronie niemal pionową ścianę, a z drugiej – kilkudziesięciometrową przepaść. Obserwując ilość umocnień i tuneli, zdałem sobie sprawę, jak niebezpiecznym przedsięwzięciem była budowa magistrali kolejowej w tym miejscu. W XIX wieku do przebijania się przez skały używano ogromnych ilości dynamitu. Tę najtrudniejszą i najbardziej niebezpieczną pracę powierzono tysiącom Chińczyków, którzy – wisząc nad przepaściami – zakładali i detonowali ładunki wybuchowe. Neillands wspominał, że wielu z nich zginęło przed ukończeniem prac.

Trawers kanionu Thompson to jedna z największych atrakcji na trasie | fot. Piotr Kosiarski

Jechaliśmy wzdłuż kanionu; niemal każde spojrzenie na płynącą w dole rzekę kończyło się gęsią skórką, zawrotami głowy, ale również niewypowiedzianym zachwytem. Kopuła widokowa pękała w szwach, a rozmowy podekscytowanych pasażerów mieszały się z setkami kliknięć migawek w aparatach fotograficznych. Po osiemnastej minęliśmy miejsce, w którym Thompson wpada do płynącej z północy na południe rzeki Fraser, a Canadian pokonuje rozpięty nad zlewiskiem most. Jest to idealny moment, by przyjrzeć się zjawisku mieszania się dwóch rzek – przejrzystej i mętnej; zabarwiona na dwa kolory woda płynie jeszcze kilka kilometrów, zanim całkowicie się nie zmiesza. Wyjazd z kanionu Thompson był jednym z najbardziej niezwykłych kolejowych przeżyć, jakich doświadczyłem w życiu, i kulminacyjnym punktem podróży z Edmonton do Vancouver. Noc zapadła dopiero, gdy Canadian znalazł się wśród lasów i jezior, zostawiając za sobą góry, a od Pacyfiku dzieliła go „ostatnia prosta”. Idealne wyczucie czasu. Przed północą dotarliśmy na Pacific Central Station – zabytkowy dworzec nad oceanem. Załoga Canadiana pozwoliła nam zostać w pociągu na noc, a rano – częstowała kawą i croissantami.

Podróż Canadianem była dla mnie jak cofnięcie się do czasów dzieciństwa; przez chwilę moje serce znowu przepełniała szczera wdzięczność.

Brak punktualności rzadko wychodzi na dobre. Tym razem było inaczej – kilkunastogodzinne opóźnienie okazało się czymś tak pozytywnym, że życzyłbym go każdemu, kto planuje kolejową podróż przez Kanadę. W czasach, w których większość ludzi się spieszy, jazda spóźniającym się pociągiem wydaje się pozbawioną sensu stratą czasu. Chyba że czerpie się radość z podróżowania samego w sobie, a tej trudno doświadczyć w samolotach i pociągach pędzących 400 kilometrów na godzinę. Kiedy opuszczałem Canadiana, zastanawiałem się, co czuł Neillands, gdy dotarł nad wybrzeże Pacyfiku; jak bardzo jego druga podróż różniła się od tej w latach sześćdziesiątych. Dzisiaj w pociągu jadącym przez Kanadę nie spotkamy drwali ani traperów, ale turystów pragnących przeżyć kolejową przygodę, w drodze, blisko natury. Chociaż dalekie podróże koleją z ekonomicznego punktu widzenia straciły sens, transkontynentalne pociągi (te, które wciąż kursują) mogą wyciągać nas ze „ślepych zaułków” cywilizacji, w które zostaliśmy wpędzeni – napiętych terminarzy, bycia on-line, permanentnego stresu i pośpiechu. Podróż Canadianem była dla mnie jak cofnięcie się do czasów dzieciństwa; przez chwilę moje serce znowu przepełniała szczera wdzięczność – za spotkanych ludzi, widoki za oknami, potęgę natury.

Podróż Canadianem była jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń w moim życiu | fot. archiwum autora

Spoglądając jeszcze raz na stojący przy peronie pociąg, dostrzegłem zaokrągloną sylwetkę ostatniego wagonu, akcentującą profil całego składu. Zaprojektowany pół wieku temu Canadian wciąż zachwycał ponadczasowym pięknem, a w jego stalowosrebrnej powłoce odbijało się światło. Był gotowy, by kolejny raz wyruszyć w drogę przez Amerykę i dać pasażerom coś bezcennego – romantyczne doświadczenie transkontynentalnej podróży. Ani trochę nie dziwię się Neillandsowi, że po trzydziestu latach powrócił na pokład legendarnego pociągu. Prawdę powiedziawszy, już myślę o tym samym.


Reportaż, który przeczytałeś/aś, został napisany z myślą o publikacji w miesięczniku „Poznaj Świat”, najstarszym polskim czasopiśmie podróżniczo-reportażowym, ukazującym się od 1948 roku. Redakcja „PŚ” zgodziła się na wydruk mojego artykułu, jednak jej plany – podobnie jak wielu innych redakcji prasy drukowanej – pokrzyżowała pandemia koronawirusa; w listopadzie 2020 roku ukazał się ostatni numer miesięcznika. Chciałbym aby ten reportaż był hołdem złożonym Redakcji „PŚ” za lata pracy i wyrazem mojej wdzięczności za danie szansy na łamach magazynu.

Zobacz mój film z podróży Koleją Transkanadyjską:

Zobacz film z mojej podróży do Ameryki Północnej:

Zdjęcie główne: Shutterstock

CategoriesPodróże
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

  1. Asia D. says:

    Coś wspaniałego! Uwielbiam podróże pociągiem właśnie przez to że pozwalają one często zobaczyć to czego w innym wypadku byśmy nie dojrzeli. Taka podróż jak twoja? Po prostu bajka! Świetny artykuł, piękna dedykacja 👍

  2. Asia says:

    Jakoś najczęściej w swoim życiu słyszałam o Kolei Transsyberysjkiej a nigdy nie myślałam o podróżowaniu przez Kanadę pociągiem. Zaciekawiła mnie ta alternatywa i w związku z tym mam dość przyziemne pytanie o koszty takiego transportu?

  3. Krystian says:

    Bardzo fajnie napisany test, czuje się, że pisze to ktoś z bagażem doświadczenia literackiego 🙂 W Kanadzie utkwiło nam w głowie to, że pociągi są tam straszliwe długie. Jak w Polsce tabor składa się z około 20-30 wagonów towarowych tak w Kanadzie naliczyliśmy ponad 120 😀 Nic dziwnego, skoro tam dystanse są zupełnie inne niż w Europie i trzeba to robić z rozmachem 🙂

  4. Magda says:

    Świetny reportaż. Rzeczywiście można się poczuć „zabranym” z Tobą w podróż. Szkoda, że nie udało się opublikować w „PŚ”, ale na pewno uda Ci się jeszcze w innym miejscu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *