S

Spotkałem Boga w górskiej chacie

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Terenów Górskich. Trudno znaleźć lepszą okazję, abym opowiedział wam historię mojego nawrócenia.

Zdjęcie główne: Andrew Ridley / Unsplash

O tym, że góry są przestrzenią, w której łatwiej spotkać Boga, drugiego człowieka i samych siebie, napisano już tyle tekstów, że zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę potrzeba jeszcze jednego. To, że góry są wyjątkowym miejscem, sprzyjającym kontemplacji Boga i refleksji nad własnym życiem, jest oczywiste chyba dla każdego, kto chociaż raz po nich wędrował i złapał to „coś”.

Dlatego zamiast pisać tekst o duchowości związanej z górami, postanowiłem opowiedzieć wam historię mojego nawrócenia, które zaczęło się w górach.

Kilka lat temu w kwietniowy weekend wybrałem się ze znajomymi z duszpasterstwa akademickiego w Beskid Sądecki. Była to jedna z naszych wielu wspólnych wypraw i nic nie wskazywało na to, że wydarzy się na niej coś wyjątkowego. Wyruszyliśmy ze Szczawnicy, żeby wyjść na Przehybę i przenocować w chacie Magóry, klimatycznym schronisku niedaleko Piwnicznej-Zdroju.

Szlak wznosił się stromo i prowadził przez lasy i łąki pełne krokusów. Od czasu do czasu otwierał się przed nami wspaniały widok na góry. Pogoda była dokładnie taka, jaka powinna być w czasie górskiej wędrówki, nie było ani za gorąco, ani za zimno. Zza szarawych chmur co chwilę wyglądało ciepłe, wiosenne słońce. Wokoło śpiewały ptaki i brzęczały trzmiele. Mieliśmy wszyscy świetny humor i prawie ciągle przerywaliśmy ciszę znanymi piosenkami, do których na bieżąco wymyślaliśmy nowe zwrotki. Można powiedzieć, że był to zwykły, studencki wyjazd, nieróżniący się zbytnio od innych.

Po całym dniu wędrowania i napawania się pięknymi widokami dotarliśmy w końcu na nocleg. Nasze schronisko okazało się małą chatą z piecem i kilkoma piętrowymi łóżkami. Mieliśmy je całe dla siebie, bo właściciel mieszkał obok. Byliśmy wciąż wysoko; do Piwnicznej trzeba było iść jeszcze jakąś godzinę lub dwie. Gdy zapadła noc, zapaliliśmy w piecu, zjedliśmy kolację i zaczęliśmy grać na gitarze, śpiewając nasze ulubione piosenki. Gdy już się „wyszaleliśmy”, zapadła cisza, której nie wiadomo dlaczego nikt nie chciał przerwać ani nową piosenką, ani propozycją gry w mafię. Zamiast tego stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał.

Bóg wybiera różne drogi, by przemówić do serca człowieka. Ja nawróciłem się w górach, a dokładniej w górskiej chacie. Zupełnie jak w tej słynnej książce!

Może sprawił to górski klimat, a może grono najbliższych przyjaciół? Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego Julia, moja dobra koleżanka, postanowiła właśnie wtedy opowiedzieć nam o swoim nawróceniu.

Mówiła między innymi o tym, jak Bóg uzdrowił ją i wyciągnął z bagna grzechu. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę, bo Julia wydawała się osobą, której nigdy nie posądzałem o to, co mówiła w tej chwili o samej sobie. Nie przytoczę dokładnie jej słów, bo od tego wydarzenia minęło już prawie osiem lat; pamiętam tylko trzy wątki – narkotyki, złorzeczenie Matce Bożej i uzdrowienie z choroby.

W miarę jak Julia opowiadała swoją historię, czułem, jak pojawia się we mnie coś, co dziś mogę określić jako mieszaninę żalu, gniewu i smutku.

Gdy skończyła, wyszedłem, trzaskając drzwiami. Zaszyty w lesie przez godzinę, chyba pierwszy raz w życiu, naprawdę szczerze rozmawiałem z Bogiem. „Przecież zawsze byłem blisko Ciebie, a Ty nie dałeś mi nawet połowy tego, co tej dziewczynie”. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Wróciłem do chaty, gdy wszyscy kładli się spać, i wiedziałem, że w kwestii mojej wiary nic już nie będzie takie samo. Poza tym niewiele pamiętam. Inna moja znajoma, gdy wspomina dziś ten wieczór, mówi, że gdy wróciłem, wyglądałem bardzo dziwnie i byłem w kiepskim stanie.

Musiało minąć trochę czasu, zanim dotarło do mnie, że byłem ogarnięty pychą. W czasie fundamentu rekolekcji ignacjańskich, kiedy rozważałem przypowieść o synu marnotrawnym, zobaczyłem siebie w roli starszego brata, który zawsze był przy Ojcu i nie umiał tego docenić. Mimo to spłynął na mnie tak niewyobrażalny pokój, że poczułem się jak marnotrawny syn wracający prosto w ramiona kochającego Taty. Zacząłem wtedy rozumieć, że nie jestem tylko synem moich ziemskich rodziców, ale przede wszystkim dzieckiem miłosiernego Boga. To doświadczenie zmieniło w moim życiu absolutnie wszystko i miało ogromny wpływ na budowanie mojej dojrzałości.

Dziś myślę, że starszy i młodszy brat z Ewangelii o synu marnotrawnym to tak naprawdę każdy z nas, tylko w innym momencie życia. Dzięki świadectwu Julii umiem dziś z dużo większą cierpliwością i miłością zrozumieć ludzi uwikłanych w grzech, a więc również samego siebie. I wiecie co? To jest naprawdę wspaniałe uczucie.

Bóg wybiera różne drogi, by przemówić do serca człowieka. Ja nawróciłem się w górach, a dokładniej w górskiej chacie. Zupełnie jak w tej słynnej książce! Zwykły wyjazd ze znajomymi rozpoczął proces, który pozwolił mi doświadczyć ojcowskiej miłości Boga, jaką darzy każdego człowieka. Nie zamieniłbym tego na nic innego.

Jeśli czujesz, że w twoim życiu coś nie gra, albo jesteś już znużony jego monotonią i rutyną, zachęcam cię do tego, żebyś jeździł w góry. Po prostu po nich wędruj i niczego nie oczekuj. Najlepsze przychodzi wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy.


Imię koleżanki, która powiedziała świadectwo, zostało zmienione.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu DEON.pl

CategoriesStyl życia
Piotr Kosiarski

Kiedyś pracowałem jako pilot wycieczek, dziś jestem dziennikarzem, a moją największą pasją jest podróżowanie. To ono sprawia mi frajdę i mobilizuje do pisania. Uważam, że rzeczy materialne starzeją się i tracą na wartości, a radość z podróżowania jest ponadczasowa i bezcenna. Moim ulubionym kierunkiem jest północ, a dokładniej wszystko „w górę” od pięćdziesiątego równoleżnika. Od miast wolę naturę, najlepiej oglądaną z okna pociągu.

  1. Janek says:

    Mam nadzieję, że będziesz pisał ten blog… Cały czas… I nawet jak przyjdzie zwątpienie, to się mu nie poddasz… W górach zawsze przychodzi taki moment ale istotne jest to, co jest później.

  2. Łukasz says:

    Właśnie przeczytałem wpis. Jestem teraz w pracy, w dużym mieście, 300 km od gór. Dzięki bardzo za niego. Poruszył mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *