Wywiady

Marek Kamiński: eksploracja polega na wyzwaniach

Zdobywca dwóch biegunów o fińskim "sisu", roli "onsenów" w japońskim społeczeństwie i wyprawie dookoła świata.

„Słynna odpowiedź na pytanie «Dlaczego wspinać się na Mount Everest?» brzmi: «dlatego, że jest». A ja bym raczej powiedział: «dlatego, że ja jestem». Zamiast bezmyślnie powtarzać frazesy, podejmuję wyzwanie” – mówi znany podróżnik. [Zdjęcie główne: Dorota Czoch]

Przemierzył świat nie jeden raz. Z północy na południe, z zachodu na wschód. Zatrzymanie go, choćby na chwilę, graniczy z cudem, ponieważ całe życie jest w drodze. Mimo to udało nam się spotkać w pociągu relacji Kraków-Katowice. I porozmawiać o sprawach najważniejszych, jak podróżnik z podróżnikiem. W drodze.

Następna stacja: Kraków Łobzów

Piotr Kosiarski: Na swoją pierwszą samotną wyprawę wybrałeś się pociągiem.

Marek Kamiński: Gdy miałem 8 lat, pojechałem pociągiem z Gdańska do Łodzi. To była moja pierwsza samodzielna podróż, oczywiście za zgodą rodziców (śmiech). Pamiętam ją do dzisiaj.

Podróżowanie koleją to świetna sprawa. Pociągi zwykle jeżdżą wolno – jak teraz (śmiech) – i dają wiele możliwości.

Im wolniej, tym lepiej! Niedawno odkryłem, że słuchanie audiobooków, czytanie książek i komiksów to trzy zupełnie inne doznania. Podobnie jest z podróżami. Podróż pieszo, samochodem, pociągiem czy samolotem to coś zupełnie innego. Każda z nich jest inna.

Podróż koleją to spotkani ludzie, rozmowy, przeczytane książki. Bardzo lubię podróże pociągiem.

Marek Kamiński i Piotr Kosiarski w pociągu relacji Kraków-Katowice | fot. archiwum autora

Wspomniałeś o przeczytanych książkach. W czasie Twojej ostatniej wyprawy – przypomnijmy, że była to podróż samochodem elektrycznym z Polski do Japonii – towarzyszyła Ci „Kontemplacja” Franza Jalicsa SJ.

Częściej to książki wybierają mnie niż ja książki (śmiech). Nie wiem, czy to był świadomy wybór. Faktem jest jednak to, że książka Jalicsa rzeczywiście jest mi bliska; często pomaga mi w medytacji.

Ponieważ wiedziałem, że w czasie mojej wyprawy będę w nieustannym ruchu, postanowiłem zadbać o kontemplację, wewnętrzne „zatrzymanie się” i łączność z Bogiem. Chociaż w czasie podróży czytałem wiele książek, to właśnie „Kontemplacja” towarzyszyła mi codziennie.

Następna stacja: Kraków Mydlniki

Gdy byłem w klasztorze karmelitanek w Usolu Syberyjskim, siostra przełożona też miała książkę Jalicsa i medytowaliśmy razem. Nie ma przypadków! „Kontemplacja” była bardzo dobrym towarzyszem podróży; sprawdza się również teraz.

Przez większość życia uczy się nas, że bardziej powinniśmy poznawać świat zewnętrzny, a nie to, co wewnątrz nas.

Studia również temu służą; fizyka, matematyka… Wszystko jest podporządkowane takiemu myśleniu. Niewiele jest wskazówek, jak poznawać siebie. Dziś, po doświadczeniach wielu moich wypraw, wiem, jak bardzo jest ważne utrzymanie w życiu równowagi. Chyba właśnie dlatego poświęcam obecnie więcej czasu na to, czego wcześniej nie robiłem – odkrywaniu siebie.

Da się to robić w podróży?

W poznawaniu siebie często przeszkadzają nam schematy, w których tkwimy – praca, dom, obowiązki, dzieci, treningi, wolne, święta… Podróż jest bardzo dobrą okazją do wyjścia z tych schematów; stajemy się bardziej uważni na otaczającą nas rzeczywistość – jesteśmy tu i teraz, nie postępujemy mechanicznie… To sprzyja poznawaniu siebie.

Oczywiście, żeby trenować mięśnie, nie trzeba chodzić na siłownię. Niemniej, jeśli ktoś przeznacza na trening konkretny czas i ćwiczy na siłowni, efekty będą lepsze. Podobnie jest z podróżami. Ja na pewno bardziej poznałem siebie dzięki podróżom.

Następna stacja: Kraków Mydlniki Wapiennik

W Twoich podróżach zawsze jest miejsce dla Boga?

To, czy zrobimy miejsce dla Ducha, zależy tylko od nas. Zawsze możemy znaleźć rano pół godziny, żeby się pomodlić, pomedytować… Ja staram się mieć przy sobie „Ćwiczenia duchowe” świętego Ignacego z Loyoli i próbuję według nich żyć. W telefonie mam z kolei Pismo Święte, więc w każdej chwili mogę się modlić na przykład Psalmami. Wszystko zależy od naszego nastawienia.

Przeczytaj również: Spitsbergen. Życie na końcu świata

Wróćmy jeszcze na chwilę do podróży koleją. Które z nich zapamiętałeś najbardziej?

Kiedyś jako student przez trzy dni jechałem pociągiem w Meksyku. Była to podróż z Mexico City przez Veracruz do Palenque na Jukatanie. Gdy pociąg się zatrzymywał, na stacjach pojawiali się sprzedawcy z jedzeniem. Spędziłem w tym pociągu dwie lub trzy doby. To było niesamowite.

Jednym z ciekawszych pociągów, którymi jechałem, był również Flåmsbana w Norwegii. To bardzo malownicza i zabytkowa linia kolejowa.

Pociągiem przejechałem też prawie całą Japonię. Za pierwszym razem z Tokio do Sapporo przez część Honsiu i Hokkaido, za drugim – też z Tokio, ale w drugą stronę – do Beppu na Kiusiu. To było niezwykłe. Tam pociągi jeżdżą dużo szybciej. Jest chociażby Shinkansen, który jeździ z prędkością 600 km/h. W Japonii pamiętam jeszcze jedną ciekawą podróż – bodajże na Hokkaido; jechałem pociągiem w tak zaśnieżonym terenie, że przypominało to niemal warunki polarne (śmiech).

Następna stacja: Kraków Business Park

Mimo to, do samej Japonii wybrałeś się samochodem elektrycznym, porzucając kolej.

Planując No Trace Expedition (ang. Ekspedycja bez pozostawiania śladów – przyp. aut.), zastanawiałem się, dokąd można najdalej pojechać samochodem z Polski. Nie chciałem przekraczać oceanów, a jedynie korzystać z przepraw promowych. Wybór padł na Wyspy Japońskie.

Japonia to dla mnie szczególny kraj. Z jednej strony jest mi bardzo bliski, z drugiej – geograficznie odległy. Po drodze chciałem przejechać Syberię i pustynię Gobi.

Wielu moich znajomych uważa, że samochód elektryczny nie nadaje się do jazdy poza miastem. A Ty przejechałeś nim Syberię i pustynię Gobi. A więc jednak się da.

Po pierwsze – myślimy schematami. Wydaje nam się, że skoro samochody na benzynę potrzebują stacji benzynowych, auta na prąd będą potrzebowały stacji ładowania. To błąd; elektryczność jest wszędzie, każde gniazdko może być stacją.

Po drugie – nie chcemy wychodzić ze strefy komfortu. Budujemy obrazy świata na podstawie tego, co przeżyliśmy. Ja uważam, że lepiej jest spróbować, niż mówić „nie da się”. Założyłem, że do Japonii da się dojechać samochodem elektrycznym, i postanowiłem to zrobić, choć wymagało to odwagi, wytrwałości i – powiedzmy – gorącego serca.

Następna stacja: Zabierzów

Założeniem NTE było niepozostawianie śladów. Udało się?

Tak. Przynajmniej na tyle, na ile planowałem. Udało mi się przejechać samochodem elektrycznym z Polski do Japonii tam i z powrotem. Założenia wyprawy zostały spełnione.

Dziewicza Syberia i technologicznie rozwinięta Japonia. Spory kontrast.

Japonia jest znacznie bliżej natury, niż się wydaje. Chociaż Japończycy nie do końca żyją w sposób zrównoważony – są społeczeństwem konsumpcyjnym i produkują dużo śmieci – mają wielki szacunek dla przyrody.

Japończycy ciągle są dla mnie zagadką. Ich wewnętrzna dyscyplina, a także sposób, w jaki potrafią ulepszać produkty i szlifować doskonałość, są niezwykłe.

Jedna japońska rzecz, której najbardziej Ci brakuje.

Onseny, czyli japońskie gorące źródła, czysta energia z głębi ziemi – nie gorąca zupa z chlorem, lecz naturalna, bogata w minerały woda. To prosta rzecz i jednocześnie element łączności z naturą. Szkoda, że nie ma ich w Polsce. Może gdybyśmy się bardzo postarali, dowiercilibyśmy się do gorącej wody. W Japonii jest ona jednak bogactwem naturalnym, w dodatku powszechnie dostępnym; w każdej dzielnicy jest łaźnia z gorącą wodą, która w dodatku pełni funkcje społeczne.

Przeczytaj również: Chodziłam z Bogiem po górach

Kiedy opowiadasz o japońskich onsenach, przypominają mi się gorące źródła Islandii. One też pełnią ważną rolę w życiu społecznym Islandczyków.

W krajach skandynawskich, podobnie jak w Japonii, więź ludzi z naturą jest wyraźna. Skandynawowie często przebywają na świeżym powietrzu, jeżdżą na nartach… Ich łączność z naturą jest zachowana. Myślę, że życie tych ludzi w dużej mierze opiera się na szacunku dla przyrody.

Wpływa na to na pewno ograniczony dostęp do surowców mineralnych; tak było w historii i tak jest dzisiaj.

Następna stacja: Rudawa

Ale czy w krajach skandynawskich o „zieloną energię” nie jest łatwiej niż na przykład w Polsce? Islandia ma geotermię, a Norwegia – specyficzne ukształtowanie terenu, pozwalające na pozyskiwanie prądu ze zlokalizowanych na rzekach o dużym spadku elektrowni wodnych.

Każdy coś ma i każdy czegoś nie ma. Japonia nie ma nic poza trzęsieniami ziemi i tsunami – same złe rzeczy, prawie zero bogactw naturalnych. Na jej niekorzyść wpływa również stosunkowo niewielka powierzchnia, na której żyje tyle ludzi, ile w całej Rosji.

Nieraz bogactwa naturalne mogą być przekleństwem! Kiedy jest ich za dużo, człowiek staje się wygodny, przestaje walczyć. Zanika wtedy instynkt przynoszący pozytywne skutki w wielu sferach życia.

Kiedyś prowadzono badania na zwierzętach. Gdy zapewniano im zbyt dobre warunki, umierały. Następowało „zapadnięcie się w sobie”, polegające na braku chęci do życia i rozmnażania się. Oczywiście nie można doświadczeń zwierząt przenosić bezpośrednio na ludzi. Wydaje mi się jednak, że jest to odpowiedź na starzenie się społeczeństwa.

Sposób, w jaki żyjemy, nie zależy od tego, czy coś mamy lub nie. To wynik naszego systemu wartości, naszej świadomości…

Czego Polacy mogą nauczyć się od społeczności skandynawskich?

Podejścia do natury i rozwoju. W Finlandii bardzo popularne jest słowo „sisu” (fin. zespół cech osobowych takich jak: wytrzymałość, siła woli, hart ducha i determinacja w dążeniu do celu, mimo barier fizycznych – przyp. aut.), które w skrócie oznacza wychodzenie ze strefy komfortu. Finowie praktykują „sisu” na przykład wtedy, gdy przebywają na świeżym powietrzu, kąpią się w ziemnej wodzie i tak dalej. Celem takich aktywności jest hartowanie organizmu; Finowie robią to już od dziecka.

Następna stacja: Krzeszowice

Co najbardziej pociąga Cię w krajach północy?

Może to, że są tam tereny nietknięte ręką człowieka, ostatnie dzikie miejsca na ziemi – Islandia, Grenlandia, rosyjska Arktyka. Tam naprawdę można przeżyć prawdziwą przygodę.

Obecnie przygotowujesz się do następnej wyprawy samochodem elektrycznym – tym razem dookoła świata. Będzie Ci towarzyszyła Noa – robot humanoidalny.

Muszę przyznać, że budowanie osobowości tego robota było bardzo ciekawym procesem – długo się zastanawialiśmy na przykład nad wyborem płci; ostatecznie zdecydowaliśmy, że dla równowagi będzie on kobietą (śmiech). Nad software ciągle jeszcze pracujemy.

Jaką rolę będzie odgrywał ten robot?

Będzie coachem, mentorem i asystentem wspierającym mnie w podróży dookoła świata. Jedną z jego funkcjonalności będzie mierzenie zanieczyszczenia powietrza dzięki czujnikom znajdującym się w samochodzie. Prace są już zaawansowane.

Następna stacja: Wola Filipowska

Jak będziesz się z nim komunikował?

To projekt globalny, dlatego podstawowym językiem będzie angielski. Noa zna jednak również język polski.

Przeczytaj również: Jak dojść do Santiago de Compostela i przeżyć?

Będzie siedziała na przednim siedzeniu?

Tak, ma metr dwadzieścia, więc na pewno się zmieści (śmiech).

Eksploracja polega na wyzwaniach. Mogą one być zarówno fizyczne – góry, głębiny, przestrzeń kosmiczna lub biegun – jak również mentalne. Człowiek i sztuczna inteligencja to również granica, którą można przekroczyć.

Czy roboty będą nam kiedyś towarzyszyć w codzienności?

Myślę, że tak. Wynika to choćby ze wspomnianego wcześniej starzenia się społeczeństwa i braku rąk do pracy. Ludzie będą „skazani” na roboty nie dlatego, że będą chcieli, tylko dlatego, że nie będą mieli wyjścia.

Sztuczna inteligencja już jest wykorzystywana na przykład w zarządzaniu energią elektryczną. Tak naprawdę wiele sfer życia jest już kontrolowanych przez mniej lub bardziej zaawansowane systemy.

Następna stacja: Dulowa

Jakie myśli towarzyszą Ci przed wyprawą? Co chciałbyś powiedzieć ludziom, którzy będą czytać naszą rozmowę?

Po pierwsze, że warto poznać samego siebie i po drugie – wychodzić poza schematy.

Słynna odpowiedź na pytanie „Dlaczego wspinać się na Mount Everest?” brzmi: „dlatego, że jest”. A ja bym raczej powiedział: „dlatego, że ja jestem”. Wspinam się, bo mam taką wolę; zamiast bezmyślnie powtarzać frazesy, podejmuję wyzwanie. Gdy ktoś uważa, że „można uczyć się na błędach”, ja powiem: „życie jest za krótkie, żeby popełniać błędy”. Pomyłka w sytuacji zagrożenia życia może być moją ostatnią i wtedy już na pewno niczego się nie nauczę.

Dobrze jest czasem „zresetować” swoją wiedzę. Nie po to, by odkrywać wszystko na nowo, ale po to, by na nowo zadawać pytania.

Wyzwania geograficzne, poznawanie siebie, wychodzenie poza schematy – tego już doświadczyłeś. Co będzie dalej?

Na razie skupiam się na wyzwaniu, które jest przede mną; podróż dookoła świata z robotem to jedna wielka niewiadoma. Wierzę, że jeśli będę wystarczająco uważny, pomysł na następną wyprawę pojawi się sam.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl | Zdjęcie główne: Dorota Czoch. Zdjęcie w tekście: archiwum autora

2 komentarze dotyczące “Marek Kamiński: eksploracja polega na wyzwaniach

  1. Piękne jest to że każdy drogę ma w sobie. I każda z tych dróg ma swe extrema, na których się walczy… ze sobą. I że można spora część tej drogi przebyć z innymi…
    Fajna rozmowa – i pomysł żeby była w drodze 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s