Zawsze będzie coś do zrobienia. Moje budowanie dojrzałości

Budowanie dojrzałości to proces, który u każdego wygląda inaczej. Doświadczenia z dzieciństwa, relacje z rodzicami i osobista historia życia sprawiają, że każdy człowiek żyje i rozwija się według rytmu znanego tylko jemu i Bogu. Chciałbym podzielić się kilkoma doświadczeniami, które miały wpływ na budowanie mojej dojrzałości. Chociaż proces ten cały czas trwa, wierzę, że moje świadectwo pomoże tym, którzy czują, że ich życie wymaga zmiany, a stare przyzwyczajenia są dla nich „za ciasne”.

Fot. Andrew Neel / Unsplash

 

W Ewangelii według św. Mateusza czytamy, że każdy człowiek musi opuścić swojego ojca i matkę (por. Mt 19,5). W tych słowach ukryta jest głęboka prawda o nas; to ważny krok, bez którego nie możemy wejść w samodzielne życie, bez względu na to, czy będzie nim małżeństwo, kapłaństwo czy świadomie wybrane życie w pojedynkę. „Wychodzenie z domu” nie jest jednak łatwe. O zawiłości tego procesu pisze znany polski psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. W książce Zdradzony przez ojca wyjaśnia, z jakimi przeciwnościami musi zmierzyć się mężczyzna, zanim opuści rodziców i założy własną rodzinę. Według Eichelbergera podstawową przeszkodą w „wychodzeniu z domu” jest coraz bardziej pogłębiający się kryzys wychowania i skomplikowane relacje między synem a rodzicami. W moim przypadku musiało minąć naprawdę sporo czasu, zanim zdałem sobie z tego sprawę.

Kiedy przygotowywałem się do matury, przyszłość była dla mnie wielką niewiadomą. Wcale nie miałem ochoty opuszczać rodzinnego domu. Byłem z nim tak mocno związany, że nie wyobrażałem sobie życia poza nim, a wyjazd na studia i zamieszkanie w dwupokojowym mieszkaniu z trzema zupełnie obcymi osobami było trudnym doświadczeniem. Kiedy tylko przychodził piątek, natychmiast wracałem do domu i cieszyłem się każdą chwilą spędzoną z najbliższymi. Gdy kończyła się niedziela i musiałem wracać, czułem niechęć i strach. Mniej więcej tak wyglądał pierwszy rok studiów. Na szczęście nadszedł moment, w którym zaczęło się to zmieniać. Olbrzymi wpływ miały na to dwie wspólnoty – harcerstwo i duszpasterstwo akademickie.

Gorce, noc i rozładowana latarka

Nigdy wcześniej nie byłem harcerzem; zawsze myślałem, że nie można nim zostać później niż w podstawówce. Byłem w błędzie. Do Harcerskiego Akademickiego Kręgu zaprosił mnie znajomy ze studiów. HAK zrzeszał harcerki i harcerzy z dwóch największych polskich organizacji harcerskich – ZHP i ZHR, a także studentów, którzy nigdy nie mieli do czynienia z harcerstwem.

Pierwszą rzeczą, z jaką spotkałem się w HAK-u, była ogromna otwartość ludzi; dla kogoś, kto niedawno rozpoczął studia w nowym mieście, było to coś bardzo ważnego. Szybko zaczęliśmy spędzać razem mnóstwo czasu; wyjścia do muzeów, spotkania z filmem zakończone dyskusją, „sekcja kulinarna” polegająca na poznawaniu różnych kultur „od kuchni”, wspólne wyjazdy w góry i „śpiewogrania” – wszystko to budowało wspólnotę i nie pozwalało się nudzić.

Oprócz przyjaźni HAK dawał również możliwość rozwijania dojrzałości z odwołaniem do harcerskiej metodyki. W ZHP i ZHR droga rozwoju, bez względu na wiek, polega na podejmowaniu wyzwań nazwanych próbami. Są one dopasowywane indywidualnie do osoby tak, aby mogła zdobywać nowe umiejętności, pogłębiać życie religijne lub robić coś dobrego dla innych. W próbie ma być uwzględniony ten aspekt, z którym sobie nie radzimy, który wyraźnie wymaga nakładu naszej pracy. Moja próba trwała około roku, a jej elementami były między innymi praca nad systematycznością i organizacją czasu, udział w rekolekcjach ignacjańskich oraz „wyczyn” polegający na przejściu stu kilometrów w dwadzieścia cztery godziny. Trzeba przyznać, że każde zakończone sukcesem wyzwanie dawało ogromną satysfakcję i radość.

W HAK-u ważny był również zwykły, „ludzki” aspekt dojrzałości, który rozwijał się dzięki biwakom i górskim wędrówkom. Właśnie wtedy najbardziej czuliśmy się wspólnotą. Każdy wyjazd, niezależnie od tego, czy brał w nim udział tylko nasz krąg, czy też inne kręgi starszoharcerskie z Polski, dawał okazję do tego, by wspólnie przeżyć przygodę, porozmawiać na trudne, nieraz dzielące nas tematy czy po prostu lepiej się poznać. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że mając do wyboru: jechać na weekend do domu lub w góry z przyjaciółmi, bez wahania wybierałem to drugie.

Na jednym z takich wyjazdów wydarzyło się coś, co odegrało bardzo ważną rolę w budowaniu mojej dojrzałości. Byliśmy na dwudniowej wędrówce w Gorcach. Miejsce naszego noclegu znajdowało się w „Bene” – mało znanej harcerskiej chacie pod szczytem Turbacza. Niełatwo do niej trafić, zwłaszcza komuś, kto odwiedza to miejsce po raz pierwszy. Oczywiście były wśród nas osoby, które znały trasę do „Bene”, ale zarówno ja, jak i mój przyjaciel nie mogliśmy skorzystać z ich pomocy. Wszystko przez to, że zdeklarowaliśmy się odprowadzić do Nowego Targu jedną z uczestniczek wyjazdu, która nie mogła zostać z nami na noc i musiała w sobotę wieczorem wrócić do Krakowa. Po całym dniu wędrowania nie miałem najmniejszej ochoty schodzić w dół z samego szczytu Turbacza i drugi raz w ciągu tego samego dnia na niego wychodzić. Ale mój przyjaciel, który był już wiele lat harcerzem, doskonale wiedział, że powinniśmy pomóc naszej koleżance. Nie mogłem odmówić, gdy poprosił mnie o towarzyszenie.

Kiedy zaczęliśmy schodzić, było już ciemno, a my mieliśmy tylko dwie latarki; jedna z nich właśnie przestawała świecić. Po około dwuipółgodzinnej wędrówce zostawiliśmy naszą znajomą ze sprawną latarką blisko zabudowań i zaczęliśmy wędrówkę z powrotem. Po kilkudziesięciu minutach nasza latarka zgasła, a wokół zapanowała ciemność. Chodzenie po górach w nocy bez latarki, nawet po dobrze oznakowanym szlaku, nie jest łatwe. Wędrówka zajęła nam jakieś cztery godziny, po drodze wiele razy traciliśmy nadzieję; nie wierzyliśmy, że damy radę dojść na nocleg. Sytuację utrudniał fakt, że o miejscu, w którym znajduje się nasza chata, wiedzieliśmy tylko w teorii; zarówno ja, jak i mój przyjaciel nigdy tam nie byliśmy. Przegapiliśmy ścieżkę do „Bene” i po raz drugi weszliśmy na Turbacz. Dopiero po jakiejś godzinie udało nam się znaleźć zejście ze szlaku i w końcu dojść na nocleg.

Byliśmy zmęczeni i zmarznięci. Na szczęście w środku czekali na nas pozostali, z ciepłym posiłkiem i ogniem w kominku. Ja i mój przyjaciel czuliśmy, że zrobiliśmy coś bardzo ważnego – pomogliśmy komuś, choć nie mieliśmy na to ochoty. Wtedy dotarło do mnie, że w HAK-u są ludzie, którzy naprawdę potrafią się wspierać, nawet kosztem własnego komfortu. To było bardzo harcerskie.

Górska chata

Oprócz harcerstwa, olbrzymią rolę w „przecinaniu pępowiny” łączącej mnie z domem rodzinnym odegrało duszpasterstwo akademickie. Idąc na studia, podjąłem decyzję. „Jak tylko przeprowadzę się do Krakowa, natychmiast wstąpię do DA”. Miałem nawet już wybraną konkretną wspólnotę, w której kiedyś był mój brat. Niestety, rzeczywistość okazała się inna i po kilku spotkaniach czułem się zawiedziony. Ciągle mi coś nie pasowało; najczęściej po prostu czułem się zbyt anonimowo. Po kolejnych próbach w innych duszpasterstwach, w końcu trafiłem do Wspólnoty Akademickiej Jezuitów.

WAJ okazał się inny niż poprzednie duszpasterstwa. Nie był ani za duży, ani za mały; wszyscy dobrze się znali, a dzięki różnorodności, każdy mógł znaleźć coś dla siebie; grupa Odnowy w Duchu Świętym, Wspólnota Taizé, duchowość ignacjańska, modlitwa Jezusowa oraz oczywiście Eucharystia. Dla kogoś, kto przyjechał do Krakowa z małej miejscowości, taki wachlarz „duchowych możliwości” był czymś fantastycznym. W duszpasterstwie nie chodziło jednak wyłącznie o to, żeby spędzać czas na modlitwie, ale by towarzyszyć innym we wszystkim, co było częścią „studenckiego życia”, rozwijać się nie jak pomidor, „pod kloszem”, ale spotykać się z drugim człowiekiem w każdej sytuacji zwykłego, codziennego życia – na wspólnej modlitwie i na zabawie, w czasie wypoczynku w górach i w czasie sesji, kiedy wszystko układa się dobrze i gdy pojawia się kryzys.

W WAJ-u po raz pierwszy w życiu przeżyłem nawrócenie. Nie stało się to w kaplicy akademickiej ani w kościele, ale w górskiej chacie (prawie jak w książce Younga), w czasie wspólnego wyjazdu, kiedy jedna z koleżanek powiedziała świadectwo. Mówiła między innymi o tym, jak Bóg ją uzdrowił i wyciągnął z bagna grzechu. Gdy skończyła, wyszedłem, trzaskając drzwiami. Zaszyty w lesie przez godzinę, chyba pierwszy raz w życiu, naprawdę szczerze rozmawiałem z Bogiem. „Przecież zawsze byłem blisko Ciebie, a Ty nie dałeś mi nawet połowy tego, co tej dziewczynie”. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że to była pycha. Bóg wybiera różne drogi, by przemówić do serca człowieka. Wierzę, że dzięki WAJ-owi i świadectwu jednej z wajowiczek dotknął mojego.  Zwykły wyjazd w góry rozpoczął proces, który pozwolił mi doświadczyć ojcowskiej miłości Boga, jaką darzy każdego człowieka, również mnie, ewangelicznego „starszego brata”. Zacząłem rozumieć, że nie jestem tylko synem moich ziemskich rodziców, ale przede wszystkim dzieckiem miłosiernego Boga. To doświadczenie zmieniło w moim życiu absolutnie wszystko – również relację z mamą i tatą.

Później jeszcze wiele razy wracałem do domu, ale coraz mniej czułem się jego mieszkańcem, a coraz częściej – gościem. Zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że moi ziemscy rodzice nie są idealni, a przede mną jest jeszcze daleka droga, aby „poukładać” w sobie wiele spraw z przeszłości.

Na koniec chcę jeszcze wspomnieć o kierownictwie duchowym, bo ono również odegrało ważną rolę w procesie mojego dorastania. Każdy, kto opuszcza rodziców i zaczyna samodzielne życie, wchodzi w nie z pewnym bagażem doświadczeń. Chociaż większość ludzi nie musi ich sobie specjalnie „uświadamiać”, zdarza się, że bez nazwania i uporządkowania pewnych spraw z przeszłości rozpoczęcie w pełni dojrzałego życia może być niemożliwe. Tak było w moim przypadku. W procesie tym bardzo pomogli mi spowiednicy i kierownicy duchowi, których Bóg postawił na mojej drodze. Miałem sporo szczęścia, ponieważ trafiłem na mądrych i doświadczonych kapłanów.

Osiąganie dojrzałości trwa całe życie i być może nigdy nie powiem: „Nie potrzebuję się więcej rozwijać”. Może właśnie dzięki temu moje życie będzie ciekawsze i zawsze będę miał w nim „coś do zrobienia”. Bardzo ważne jest zaufanie Bogu. Bez wiary w to, że „On wie, co robi”, poddałbym się wiele lat temu, nie wyprowadziłbym się od rodziców i nie poszedłbym na studia. Dziś wiem, że Bóg nie pokazuje całej drogi „od razu”, ale odsłania ją „kawałek po kawałku”; nie wiemy, co przygotował dla nas za następnym zakrętem, ale jeśli nie zrobimy kilku kroków do przodu, nigdy się tego nie dowiemy.

Tekst pierwotnie ukazał się w 95 numerze „Życia Duchowego”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s