Przeżywałem kryzys wiary. Wszystko się zmieniło, gdy posłuchałem tej muzyki

Przed tym, jak po nią sięgnąłem, przeżywałem chwilowy kryzys; duchowa rzeczywistość wydawała się odległa i niedostępna. Udało się to zmienić dzięki… muzyce filmowej.

Fot. Barrett Ward / Unsplash

 

Muzyka z „Władcy Pierścieni” zachwyciła mnie kilkanaście lat temu, po premierze filmu. Słuchałem jej wtedy bardzo często. Entuzjazm związany z ekranizacją trylogii J. R. R. Tolkiena wyczerpał się jednak po obejrzeniu „Powrotu króla” – ostatniej części trylogii. Naturalnie, zacząłem coraz rzadziej sięgać po soundtrack z filmu. Ostatnio, zupełnie przez przypadek, sytuacja się zmieniła.

Podróżując do domu rodzinnego, od jakiegoś czasu wybieram mało uczęszczany skrót. Droga omija kilka miejscowości i znika na kilka kilometrów w gęstym lesie. Wjeżdżając do niego, wielokrotnie łapałem się na tym, że żywa muzyka, której lubię słuchać w samochodzie, nie pasowała do otaczającej przyrody. Zwykle ściszałem wtedy radio albo szukałem innego albumu. Gdy ostatnio przewijałem bibliotekę w poszukiwaniu odpowiednich dźwięków, mój kciuk stuknął dawno nie odsłuchiwany soundtrack z „Drużyny Pierścienia” – pierwszej części trylogii.

Autorem muzyki jest kanadyjski kompozytor Howard Shore, który w 2002 otrzymał za nią pierwszego w swoim życiu Oscara. Kolejne dwie statuetki zdobył dwa lata później za muzykę i piosenkę końcową do ostatniej części „Władcy” – „Powrotu króla”.

W 2017 roku Shore odwiedził Polskę. Zapytany o to, co jego zdaniem świadczy o wyjątkowości muzyki z „Władcy Pierścieni”, odpowiedział:

Choćby to, że cały czas, po tylu latach, o niej opowiadam (…). Napisałem na potrzeby tej trylogii około dwunastu godzin muzyki, a do „Hobbita” kolejne dziewięć, łącznie więc ponad dwadzieścia. Jest ona cały czas wykonywana na koncertach, zarówno w całości, w trakcie projekcji filmów, jak i bez obrazu*.

Wygląda na to, że muzyka z „Władcy Pierścieni” stała się czymś więcej niż zwykłym soundtrackiem. Wszystko dlatego, że Tolkien stworzył coś nieprawdopodobnego – świat z własną historią i kulturą, w którym toczy się odwieczna walka dobra ze złem. „Władca Pierścieni” – podobnie jak inne dzieła Tolkiena – opowiadają o tej walce w sposób, który z jakiegoś powodu nie przedawnił się, mimo upływu 63 lat od pierwszego ukazania się powieści, a dzięki stworzonej przez Petera Jacksona ekranizacji, historia Śródziemia została odkryta na nowo. Chociaż o filmowej trylogii można pisać bez końca – jej klimat i realizacja całkowicie są tego warte – na szczególną uwagę zasługuje właśnie muzyka. Co takiego wydarzyło się w czasie jej słuchania, że postanowiłem się tym z wami podzielić?

Świat przedstawiony we „Władcy Pierścieni” jest zaskakująco podobny do naszego. Zarówno w wymyślonej przez Tolkiena krainie, jak również w naszej rzeczywistości siły dobra i zła wciąż przenikają serca żyjących w nich stworzeń. Różnica polega tylko na tym, że my zostaliśmy już odkupieni przez Jezusa Chrystusa, a we „Władcy Pierścieni” – ostateczne zwycięstwo dobra nad złem jeszcze nie nastąpiło.

Ścieżka dźwiękowa z „Drużyny Pierścienia” zaciera granice między naszymi światami. Słuchając jej w otoczeniu przyrody, można stracić poczucie rzeczywistości i dać się ponieść fantazji.

Początek płyty jest mroczny. „The Prophecy” to utwór otwierający album; bardzo tajemniczy i niepokojący. Słuchając „Concerning Hobbits”, na moment da się zapomnieć o strachu, ale później – mrok gęstnieje znowu. „The Shadow of the Past” to chyba najbardziej budzący grozę utwór – właśnie w nim po raz pierwszy pojawia się motyw Saurona – władcy ciemności oraz jego sług – Nazgûli; wątek ten będzie rozwijany w kolejnych częściach trylogii – „Dwóch wieżach” i „Powrocie króla”.

Właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem dreszcze. Duchowość jest częścią mojej rzeczywistości i chociaż często o niej zapominam, walka między siłami światła i ciemności toczy się również w moim sercu. O rozeznawaniu duchów pisał św. Ignacy Loyola, a to, że wpływ na nasze życie mają zarówno siły dobra, jak i zła, nie jest żadną tajemnicą. Co więcej – to, jakim siłom ulegamy, może zadecydować o naszym zbawieniu.

„Many Meetings” i „The Council of Elrond” to utwory opisujące wydarzenia w Rivendell – siedzibie Elronda – „Ostatnim Przyjaznym Domu na wschód od Morza”. Dzielą one album na połowę; po raz drugi budowana jest pozytywna atmosfera. W „Drużynie Pierścienia” – podobnie jak w życiu – przychodzą krótkie okresy odpoczynku i ładowania akumulatorów, pozostawienia trosk gdzieś daleko w tyle. Jest to również moment spotkania dawno nie widzianych przyjaciół. Jak bardzo takie chwile potrafią dodać sił!

Po Rivendell bohaterowie ruszają dalej; kolejnym etapem ich wędrówki są kopalnie Morii. Przeprawa przez mroczną i pogrążoną w chaosie krainę – niegdyś tętniącą życiem – wyrażona jest w utworach „A Journey in the Dark” oraz przyprawiającym o gęsią skórkę „The Bridge of Khazad Dum”. Wtedy ma miejsce upadek Gandalfa – mędrca, który spajał całą Drużynę. Co dzieje się w naszym życiu, gdy brakuje wśród nas pasterza, na którym zawsze mogliśmy polegać? Dalej jesteśmy wspólnotą czy ulegamy podziałom, podobnie jak stało się to w przypadku Drużyny Pierścienia?

Po przeprawie przez Morię, pogrążeni w żałobie bohaterowie trafiają do Lorien – siedziby Celeborna i Galadrieli. Chociaż król i królowa Elfów chcą za wszelką cenę ocalić jedność bohaterów, obecność niesionego przez Hobbita Pierścienia – a więc tego, co w naszej rzeczywistości moglibyśmy określić synonimem zła – coraz bardziej osłabia Drużynę.

„The Breaking of the Fellowship” to utwór, który zamyka film i pieczętuje rozpad Drużyny. Śmierć jednego z bohaterów oraz wzięcie do niewoli kojonych dwóch to konsekwencje ulegania sile Pierścienia. Chociaż pierwsza część trylogii kończy się tragicznie, dopóki bohaterowie są wierni swojej misji, ciągle jest nadzieja.

Ścieżka z „Drużyny Pierścienia” to tylko niewielki fragment trwającej ponad dwanaście godzin muzyki napisanej przez Howarda Shore’a na potrzeby filmowej trylogii. Wielu utworów, takich jak „The Passing of the Elves” nie znajdziemy w oficjalnych albumach ale w specjalnych, kolekcjonerskich wydaniach, stworzonych na potrzeby rozszerzonych, reżyserskich wersji filmu.

Chyba w całej historii kina nie powstał drugi soundtrack, który tak mocno oddziaływałby na emocje i umacniał… wiarę! To naprawdę zakasujące, jakie myśli przychodzą do głowy w czasie jego słuchania. W odpowiednich okolicznościach – dla mnie była to zwykła podróż samochodem – można dzięki tej muzyce przemyśleć niejeden temat. Przed tym, jak po nią sięgnąłem, przeżywałem chwilowy kryzys wiary; duchowa rzeczywistość wydawała się odległa i niedostępna. Brakowało mi duchowego „kopniaka”, który przerwałoby ten stan i z powrotem skierowałoby mnie na właściwe tory. Udało się to zmienić dzięki… muzyce filmowej.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl
*Źródło: kultura.onet.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s