Tacy rodzice „uśmiercają” swoje dziecko

To jak trzymanie dziecka w łonie matki, niepozwolenie mu na to, by się urodziło. To oznacza śmierć. Tacy rodzice „uśmiercają” swoje dziecko. Ono nigdy nie założy swojej rodziny i nie przekaże rodzinnej tradycji dalej – mówi Maciej Szczęsny SJ, wieloletni duszpasterz i rekolekcjonista.

Fot. Piotr Kosiarski

Piotr Kosiarski: Czego boi się młody człowiek, który „przecina pępowinę” i opuszcza dom rodzinny?

Maciej Szczęsny SJ: Najczęściej boimy się tego, że możemy coś stracić. Gdy przychodzą w naszym życiu zmiany, np. idziemy do nowej szkoły, boimy się. Wolimy zostać w miejscu, które znamy. Nie chcemy wychodzić ze strefy komfortu, która – choć mało rozwojowa – jest nasza.

Strefa komfortu zwykle kojarzy się z czymś negatywnym.

Ale jest konieczna. Daje siłę, żeby wzrastać, podjąć ryzyko, np. wejść w związek małżeński. A ryzyko jest czymś pięknym.

Strefa komfortu to określenie psychologiczne.

Tak. Gdybyśmy chcieli przełożyć ten termin na język duchowy, nazwalibyśmy go pocieszeniem. Święty Ignacy zwraca uwagę, że pocieszenie jest właściwym momentem na podejmowanie decyzji – wtedy jesteśmy w stanie dawać, a nie uciekać przed trudnościami. Strefa komfortu to stan, w którym Pan Bóg daje nam więcej siły, byśmy na tym etapie życia mieli chęć wprowadzić coś nowego.

Są jednak i takie etapy, które nazywamy strapieniem.

Według świętego Ignacego jest to czas, w którym jesteśmy oddzieleni od Pana Boga. To niekoniecznie musi być okres smutku – z zewnątrz możemy wyglądać na ludzi sukcesu, szczęśliwych i pełnych energii. Jednak radość ta nie jest zakorzeniona w Źródle życia, więc z gruntu jest chimeryczna.

Gdy wchodzimy w nowy etap życia, np. w małżeństwo, dobrze jest znaleźć kontakt z Bogiem, naszą siłą. Wtedy decyzje są łatwiejsze; chcemy dać coś z siebie, zatroszczyć się o kogoś, zaopiekować się kimś.

W każdym człowieku są dwa kierunki: „od siebie” i „do siebie”. Albo boję się wyłącznie o siebie samego – i to jest strapienie – albo kocham, czyli chcę z siebie dawać – i to jest pocieszenie.

Jak od strapienia przejść do pocieszenia?

Trzeba dorosnąć do momentu, w którym radość sprawia mi dawanie. Gdy to nastąpi, nie będę już dbał o to, by wyspać się w nocy, by ktoś mi nie przeszkadzał. Prawdziwą radość odnajdę w tym, że w środku nocy wstanę do płaczącego dziecka, stworzę strefę komfortu dla swoich bliskich.

Co mogą zrobić rodzice, żeby wesprzeć syna lub córkę w „wychodzeniu” z domu?

Rodzice muszą sobie uświadomić, że miłość jest wyzwaniem, pozwoleniem na to, by druga osoba mogła wzrastać.

Aby cała rodzina była szczęśliwa, rodzice muszą pozwolić swoim dzieciom opuścić dom, żeby w przyszłości mogły stać się dojrzałymi ludźmi, którzy kiedyś będą się mogli nimi zaopiekować.

A jeśli rodzice nie chcą wypuścić dziecka z domu?

Rodzice muszą zrozumieć, że jeśli nie wypuszczą syna lub córki z domu, zrobią im krzywdę. To jak trzymanie dziecka w łonie matki, niepozwolenie mu na to, by się urodziło. To oznacza śmierć. Tacy rodzice „uśmiercają” swoje dziecko. Ono nigdy nie założy swojej rodziny i nie przekaże rodzinnej tradycji dalej.

Właśnie o to chodzi w małżeństwie – z dwóch różnych światów tworzy się jeden. Mąż i żona mają stworzyć jedną, nową rodzinę. Nowy organizm. Dlatego Pan Jezus mówi o tym, że kobieta i mężczyzna mają stworzyć jedno ciało.

A co z 30-latkami, którzy wciąż mieszkają z rodzicami i nie mają zamiaru tego zmieniać?

Muszą zrozumieć, że w ich życiu są pewne etapy i jeśli chcą być w życiu z kimś, związać się z kimś sakramentem małżeństwa, powinni to zrobić, zanim będzie za późno.

Nie wystarczy żyć i mieszkać „na kocią łapę”?

Jeden z kanadyjskich psychologów klinicznych, Jordan Bernt Peterson, wyjaśnia, jak ważne jest małżeństwo. Skoro ludzie zaczęli się żenić i wychodzić za mąż, to znaczy, że samo zakochanie nie wystarczało.

Jeśli młodzi ludzie nie powiedzą sobie „tak do końca życia”, jeśli nie przysięgną, nie będą mieli również odwagi mówić sobie rzeczy, o których nie powiedzieliby nikomu innemu. Tylko po ślubie powstaje sytuacja: „Jeśli mamy problem, to albo zabierzemy się za jego rozwiązywanie, albo przez 40 lat będziemy się z nim męczyć”. Więź małżeńska to coś konstruktywnego dla rozwoju małżonków, którzy zdecydowali się nawzajem wspierać, żyć razem i tworzyć coś pięknego.

Czy istnieje powołanie do życia w samotności? Zdania na ten temat są podzielone.

Powołanie to „postępowanie po wołaniu Pana Boga”. To wrażliwość na historię mojego życia i znalezienie odpowiedzi na pytanie, co dobrego mogę na tym świecie zrobić, żeby ludzie mieli ze mnie pożytek. A jeśli ludzie, to i Pan Bóg, który ludzi kocha. Czy to będzie małżeństwo, kapłaństwo czy samotność… Dlaczego nie? Ważne, żeby moje życie przynosiło owoce. Ewangeliczny ogrodnik nie odcina gałęzi chorych, ale gnuśne, a więc takie, które nie przynoszą owocu. Gnuśnym można być zarówno w małżeństwie, jak i w kapłaństwie.

Ważne jest to, co nas napędza. Chęć przynoszenia owocu czy tylko rozwój samych siebie?

Rozeznając powołanie, ważne jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy jesteśmy w pocieszeniu, czy w strapieniu. Skąd młodzi ludzie mają to wiedzieć?

Pocieszenie i strapienie nie łączą się z duchowością rozumianą w sensie szkolnym, ale z czymś bardzo życiowym. Nie da się tego nauczyć, podobnie jak nie da się nauczyć dostrzegania piękna przyrody. Trzeba ją poczuć. Tak samo jest z przyjaźnią z ludźmi i z relacją z Panem Bogiem. A pocieszenie to nic innego jak relacja z Jezusem, otwarcie się na Niego, zachwycenie się, że On jest moim życiem.

Aby to odkryć, można pojechać na rekolekcje, oddać się służbie innym lub po prostu wybrać się na spacer na łonie przyrody. Ważna jest wrażliwość serca, zwrócenie uwagi na to, co się we mnie dzieje, odkrycie tego, co daje mi siłę, bym potrafił lepiej żyć.

Powiedział Ojciec, że ktoś, kto przeżywa strapienie, może wyglądać na szczęśliwego.

Święty Ignacy pisze, że najgorszym rodzajem strapienia jest to, gdy ktoś odnosi sukcesy, ale jest nastawiony tylko na siebie i nie ma zamiaru tego zmienić.

A więc paradoksalnie ktoś, kto nie odniósł w życiu spektakularnego sukcesu, ale pozostaje w kontakcie z Bogiem i z samym sobą, jest w lepszej sytuacji od kogoś, kto zarabia wielkie pieniądze, ale dba tylko o siebie?

Oczywiście. Bóg patrzy na serce!

Jest taka historia o babci, która samotnie chodziła po plaży, mamrotała do siebie i brzydko pachniała. Ludzie ją omijali, zabierali przed nią dzieci, żeby jej nie widziały. Po kilku dniach okazało się, że staruszka zbierała kawałki rozbitego szkła, żeby dzieci nie poraniły sobie stóp. Totalna singielka, „odlotówka”, a możliwe, że sens jej życia był większy niż niejednego „człowieka sukcesu”.

***

Maciej Szczęsny SJ – rekolekcjonista. Wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w 1987 roku. Studiował filozofie w Krakowie, teologię w Warszawie i teologię pastoralną w Rzymie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1998 roku. Od 2010 roku udziela Ćwiczeń Duchowych w Domu Rekolekcyjnym Księży Jezuitów „Górka” w Zakopanem

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s