Czy Bóg karze ludzi i zsyła na nich cierpienie?

Gdyby ta historia skończyła się w połowie, najsłynniejsze zdanie Woody’ego Allena byłoby ściemą, a Bóg – okrutnym sadystą, w którego nigdy nie chciałbym wierzyć.

Fot. pexels.com / CC0 1.0

Woody Allen powiedział:

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość.

Często cytujemy te słowa, komentując życiowe doświadczenia lub nieoczekiwane decyzje, szczególnie w kontekście powołania lub wyboru drogi życiowej.

Niedawno w internecie pojawiło się świadectwo kobiety, która uległa dramatycznemu wypadkowi; gdy była nastolatką, wskoczyła do zbyt płytkiej wody, uszkadzając rdzeń kręgowy. Co istotne, wcześniej prosiła Boga, aby odmienił jej życie. Słowa Woody’ego Allena w jej przypadku nie tylko byłyby niestosowne, ale uczyniłyby z Boga kogoś, w kogo osobiście nigdy nie chciałbym wierzyć.

Joni Eareckson Tada przyszła na świat w rodzinie kochającej sport. W wieku czternastu lat, podczas weekendowych rekolekcji, po raz pierwszy w życiu doświadczyła bliskiej relacji z Bogiem; otworzyła swoje serce i ofiarowała je Jezusowi. W szkole średniej pojawiły się jednak trudności. Modliła się wtedy słowami: „Panie, nie żyję po chrześcijańsku i wiem o tym. Zrób coś z moim życiem, aby je wyprostować”. Tuż przed pójściem na studia, razem z siostrą, poszły popływać w zatoce Chesapeake. Właśnie wtedy zdarzył się opisany wcześniej wypadek. Gdy dziewczyna ocknęła się w szpitalu, dowiedziała się, że do końca życia będzie sparaliżowana. Pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, brzmiała mniej więcej tak: „Boże, czy w taki sposób wyobrażasz sobie odpowiedź na moją modlitwę? W taki sposób postanowiłeś przybliżyć mnie do siebie?”.

Kiedy mamy do czynienia z sytuacją, w której nas albo naszych bliskich spotyka cierpienie, bardzo łatwo przychodzi nam oskarżanie Boga. „Przecież jesteś wszechmogący, możesz zrobić wszystko, cokolwiek chcesz; skoro więc zsyłasz na nas cierpienie, musisz być okrutny i niesprawiedliwy” – myślimy. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, ile takich słów dociera do Boga w ciągu jednej minuty. „Osobisty paraliż”, bez względu na to, czy jest nim dolegliwość fizyczna, czy zranienie wewnętrzne, dotyka przecież każdego człowieka.

Ale takie myślenie jest niczym innym, jak pójściem na łatwiznę. Bóg na krzyżu poznał smak naszego cierpienia i doskonale wie o każdej ranie, która – według nas – odbiera nam sens życia. „Według nas” jest tutaj kluczowe, bo nie znamy „Bożego kontekstu” naszych zmagań.

Kiedy zrozpaczona dziewczyna leżała w szpitalu, odwiedzili ją ludzie, którzy przeczytali jej fragment z Księgi Jeremiasza: (29,11): „Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – wyrocznia Pana – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie”. Aby uwierzyć w te słowa w tak trudnym położeniu, niezbędna jest moc Ducha Świętego. Być może właśnie dzięki Niemu nastolatka zrozumiała, że Boży plan względem niej sięga znacznie głębiej, niż wydawało się jej do tej pory; uwierzyła w to, że Bóg przede wszystkim pragnie jej szczęścia i zbawienia duszy, nie cierpienia.

Choroby i zranienia z jakiegoś tajemniczego powodu nas spotykają, a my chyba musimy nauczyć się, że nie na wszystkie pytania znajdziemy proste odpowiedzi. Możemy jednak być pewni, że zło nie jest konsekwencją Boskiego „widzimisię”.

Kościół naucza, że „choroba i cierpienie zawsze należały do najpoważniejszych problemów, poddających próbie życie ludzkie” (KKK 1500). Ale jednocześnie każde zło moralne, które jest „nieporównywalnie większe od zła fizycznego”, jest dopuszczane przez Boga, który „w sposób tajemniczy potrafi wyprowadzić z niego dobro” (KKK 311). Czy historia Joni to potwierdza?

Joni Eareckson Tada jest dzisiaj znana na całym świecie; śpiewa piosenki, maluje ustami, pisze książki i głosi jak wspaniały jest Bóg. Daje nadzieję poranionym, niepełnosprawnym i wykluczonym, którzy podobnie jak ona kiedyś doświadczają w swoim życiu cierpienia.

Dwa dni po tym, jak zacząłem pisać ten tekst, w czasie usuwania kurzu z żyrandola, rozgrzana żarówka pękła piętnaście centymetrów od moich oczu, a drobne kawałki ostrego jak żyletka szkła z wielką siłą zostały rozrzucone po całym pokoju. Na szczęście nic mi się nie stało, ale przez kilkanaście minut dziękowałem Bogu za to, że wciąż widzę.

Zdałem sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nie byłbym w stanie przyjąć kalectwa polegającego na utracie wzroku; wiem też, jak ciągle jest mi daleko do postawy Joni. Ale wierzę, że proces uczenia się Bożego zaufania, dzięki świadectwu sparaliżowanej kobiety z USA, postąpił o jeden maleńki kroczek do przodu.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu DEON.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s